Newsy muzyczne

Relacja: Eddie Vedder w Taorminie

Nasz recenzent Jakub Oślak wybrał się na dwa występy wokalisty grupy Pearl Jam na Sycylii. Oto jego relacja z tych wydarzeń.

Eddie Vedder - Teatro Greco, Taormina, Sycylia – 26/27-06-2017

Zbieranie myśli z podłogi zabrało mi dwa tygodnie. Nie dlatego, że występ Eddiego Veddera w sycylijskiej Taorminie przeszedł moje oczekiwania, ale właśnie dlatego, że im sprostał. Przed koncertami tej rangi nie sposób nie mieć oczekiwań; szczęśliwi ci, którym się to udaje. Ja tak nie potrafię; przed najbardziej oczekiwanymi koncertami za granicą układam sobie w głowię ich przebieg. Ba, nie tylko przebieg, ale całą podróż – lotnisko, hotel, miasto, śniadanie, piwo, pogoda – to wszystko ma swoje znaczenie. Lista piosenek, ich kolejność oraz ukłony w stronę widowni również. Najważniejsi pozostają jak zawsze ludzie – czy to we dwójkę, czy w wesołej kupie (bo w kupie zawsze raźniej i cieplej), koncerty mają być współdzielone. Mają być komunią, po którą zmierzają pielgrzymi, pełni wiary w potęgę muzyki, oraz nadziei na doznania innej rangi, niż codzienny slalom między społecznym obłąkaniem, frustracją i agresją. Dzięki takim właśnie wydarzeniom, bezkrwawa ofiara zostaje spełniona, a pielgrzymi udają się w swoje strony pełni motywacji i radości.

My shadow comes with me, as we leave it all Far Behind

Zacznijmy może od głównego bohatera tego wydarzenia. Eddie Vedder w powszechnej wyobraźni to ten spocony gość w t-shircie i szortach, który śpiewa w Pearl Jam. Czaruje silnym, niskim głosem i lekko obłąkanym spojrzeniem, wspina się na rusztowania w trakcie koncertów, oraz pisze niespokojne, społecznie adekwatne, poetyckie, enigmatyczne piosenki. Jest nieprzewidywalnym indywidualistą, buntownikiem na opak o wielkim talencie i magnetyźmie. I to wszystko się zgadza, o ile mamy przed sobą obraz Veddera z pierwszej połowy lat 90. Może trudno w to uwierzyć, ale od tamtej pory minęło już 25 lat. Pearl Jam są już w Rock’n’Roll Hall of Fame, (niechętnie) wypełniają stadiony od San Siro po Maracanę, oraz pozostają ostatnim zespołem z tzw. wielkiej czwórki Seattle, który wciąż koncertuje i nagrywa. Sam Vedder jest ojcem dwóch pięknych córek, mężem Jill McCormick - modelki o neptunicznej urodzie - oraz cieszy się życiem na Hawajach. I nadal śpiewa jak szatan o spiłowanych rogach. Wciąż warto posłuchać co ma nam do powiedzenia.

Ktoś kto kojarzy Eddiego Veddera jedynie z Pearl Jam, będzie mieć mgliste pojęcie o jego występach solowych. Vedder ma na swoim koncie dwie własne płyty – ścieżkę dźwiękową do filmu Seana Penna „Into the Wild” (pl. „Wszystko za życie”), oraz „Ukulele Songs”, wyraz miłości do rdzennych Hawajów. Czy to wystarczy na koncert, który trwa ponad 2,5 godziny? Jasne, że nie. Vedder na żywo to przede wszystkim covery, w tym takich artystów jak Neil Young, Bob Dylan, Tom Waits, Pete Townsend czy Roger Waters. To własne interpretacje dokonań swoich idoli, inspiratorów oraz przyjaciół. To wreszcie piosenki Pearl Jam, wybrane spośród tych mniej popularnych, na które czekają oddani fani. To, co najważniejsze – Vedder na żywo to nie Pearl Jam. To krzesełko na środku sceny, dywanik, walizeczka z tekstami, deska do wybijania rytmu butem oraz skrzynka służąca za bęben. Harmonijka, ukulele, mandolina, banjo, oraz cała gama gitar. Vedder na scenie to spotkanie w jego pokoju, przy kominku, gdzie grywa piosenki, rozmawia z widownią i po prostu jest sobą.

Trouble, oh trouble set me free I have seen your face and it's too much too much for me...

W 35-cio stopniowej spiekocie topnieje krem z cannoli, a bruk parzy stopy jak plwocina Etny. Taormina to ukryta perła w koronie Sycylii. Tu rządzi i dzieli mityczny Il Padrino, oraz całkiem realistyczny wulkan. Mieszkańcy przywykli już do erupcji wnętrzności Ziemi, a nawet nauczyli się używać zastygłej lawy jako surowca. Pozostali trudnią się gastronomią i hotelarstwem, handlują szeroką gamą dupereli od spinnerów  po kijki do selfie, oraz po prostu odpoczywają. Taormiński krajobraz gra w tej opowieści rolę nie mniejszą, niż sam Eddie Vedder; wśród piękna przyrody, między zielonymi stokami a blaskiem Morza Śródziemnego, spoczywa bowiem starożytny amfiteatr grecki, największa atrakcja turystyczna Taorminy. To tu zagościł nasz bohater wraz ze swoją świtą: Glenem Hansardem, holenderskim kwartetem smyczkowym, rodziną oraz wierną ekipą techniczną. To właśnie ów amfiteatr sprawił, że te dwie daty były bestsellerem tej trasy. To tu zebrali się ci, którzy traktują Pearl Jam jak długo oczekiwane święto, a nie przygodną karmę dla ślepych kur.

Eddie Vedder rzadko koncertuje solo w Europie. To była dopiero druga jego trasa (pierwsza miała miejsce w 2012, tuż po trasie Pearl Jam). Także i tym razem wszystkie wieczory otwierał Glen Hansard – niezwykle utalentowany bard z Dublina, doskonale znany w Polsce. Przyjaźnią się z Vedderem, grają ramię w ramię, i podobnie jak frontman Pearl Jam, tak i Glen potrafi w pojedynkę roztoczyć wśród widowni niezwykłą atmosferę skupienia, radości i zadumy. Gra sam, bez swojego zwyczajowego big bandu; tylko gitara wciąż ta sama, z podziurawionym pudłem. Glen nie tylko otwierał występy Veddera, ale także towarzyszył mu na scenie, wykonując w duecie chociażby „Society”, czy też „Falling Slowly”, największy przebój Hansarda. Dużo nauczył się od Veddera, jak i sam przekazał mu bardzo wiele; obaj doskonale dogadują się na scenie i poza nią, co tylko pokazuje, że występowanie solo Veddera wyszło już poza ramy twórczego eksperymentu. O ile czas wolny od Pearl Jam na to pozwoli, nasz charyzmatyczny przyjaciel będzie w to szedł na całego.

As we sit alone I know someday we must go

Gdy jest już ciemno, a antyczne mury pokrywa gwiezdna farba świateł, z magnetofonu płynie znana melodia. Gdzieś z tyłu raźnym krokiem, w dobrze znanej koszuli w kratkę, wbiega na scenę nasz bohater. Na twarzy maluje mu się gama emocji – dziecinna frajda, szczypta tremy, zmęczenie podróżą, ale i radość z obecności rodziny. Ponad wszystko, burza oklasków – Vedder jest dla swojej widowni nie tylko ulubionym piosenkarzem; jego rola już od dawna obejmuje szerszy kontekst duchowy, gdzie każdy krok i słowo jest dokładnie badane, wychwalane, a nawet tatuowane na ciele. Obustronna relacja między Vedderem (jak i całym Pearl Jam), a widownią to zjawisko jakiego nie widziałem nigdzie indziej. Być może właśnie dlatego w te dni w Taorminie zapanował festiwal – taki mały Woodstock – na który przybyli starzy, dobrzy znajomi: z forów dyskusyjnych, z kolejek do wejścia, z pierwszych rzędów, spod tylnych wejść, gdzie zawsze oczekują na spotkanie swojego idola. Muzyka i Vedder to była tylko część emocji – reszty dopełniło rodzinne ciepło i piękno okolicy.

Z pierwszego wieczoru niewiele pamiętam. Byłem zbyt zajęty podziwianiem obiektu na którym się znalazłem, jak zmienia on swoje barwy, jak błyszczą gwiazdy nad nim oraz w odbiciu morza, jak groźna acz łaskawa Etna pokrywa horyzont złowrogą sylwetką. Sam Vedder wielokrotnie dawał wyraz swojemu zachwytowi, obracając się plecami do widowni i podziwiając cudowną scenerię. „Uwielbiam Hawaje, ale chyba zakochałem się w Sycylii”, zwierzał się widowni. Tryskał humorem, co nie zawsze miało miejsce na reszcie trasy, która – niewiele brakowało – mogła się w ogóle nie odbyć. Odszedł Chris Cornell, postać bliska Eddiemu i całej scenie Seattle, a jego pogrzeb pokrył się z pierwszym koncertem na trasie, w Amsterdamie. Tam Eddie był przygnębiony, wściekły i małomówny. W holenderskim repertuarze zawarł pełne gniewu „Masters of War” Dylana, swoje arcysmutne „Man of the Hour”, doskonałe „Not For You” Pearl Jamu, czy też fragmenty „Comfortably Numb” Pink Floyd. W Taorminie gniew dawno minął, a jego miejsce zajęło idylliczne babie lato.

I want to be a good woman and I want, for you to be a good man

Razem z Vedderem i Hansardem na scenie gościł kwartet smyczkowy z Amsterdamu, Red Limo String Quartet. Mieli zagrać z Vedderem tylko w Holandii, a skończyli towarzysząc mu na całej trasie. Dzięki ich pomocy mogliśmy usłyszeć chociażby „Satellite”, „Sleeping By Myself”, „It Happened Today” R.E.M.’u, a także fantastyczne „Here Comes the Sun” Beatlesów. Eddie ścigał się sam ze sobą w doborze coverów – od dobrze znanego „Picture In The Frame” Toma Waitsa, przez wybornie wykonane „Good Woman” Cat Power, aż po największe zaskoczenie – „The Ship Song” Nicka Cave’a. Do tego „Throw Your Arms Around Me”, „Let My Love Open the Door”, „All Along the Watchtower”, czy też „The Kids Are Alright”. Znalazł się czas na „Imagine” Lennona, jak i „I’m So Tired” Fugazi. Każda z cudzych piosenek wykonana przez Veddera w oba wieczory jest naznaczona jego uwielbieniem dla muzyki oraz podziwem dla ich autorów. Bez tych osób, Eddie byłby o wiele uboższym muzykiem, jak i osobą – jeśli byłby nim w ogóle. Tak jak i my bez niego.

Long nights allow me to feel I'm falling... I am falling safely to the ground

Nie wszystko jednak czego dotyka Vedder zamienia się w złoto. I tu największa lekcja i paradoks jego solowych koncertów: najsłabiej wypadły klasyki Pearl Jam, które zostały dołożone do programu na ostatnią chwilę: „Jeremy” i „Black”. W wersji akustycznej, bez reszty chłopaków za plecami, te dwie z najważniejszych kompozycji zespołu po prostu nie dają rady. Do solowego Veddera przychodzimy nie po petardy z nieba na głowy, lecz po słodko-gorzkie kołysanki, które przenoszą nas gdzieś w wymiar świadomego snu. Vedder z gitarą na swoim krześle najlepiej sprawdza się właśnie w takich piosenkach jak „Off He Goes”, „Immortality”, „Long Nights” czy „Thumbing My Way”. To dzięki nim obcujemy z Vedderem na talerzu: słowa, głos, gitara. Nic więcej, tylko magia. Oczywiście, typowo w swoim stylu, Vedder lubi się mylić: zgubi całą zwrotkę „Crazy Mary”, źle złapie chwyt, pomyli się w słowach „Wishlist”. Ale na to fani są przygotowani. „Gdy masz zespół za plecami, wszelkie błędy uchodzą ci na sucho. Gdzie jesteś Stone?!!”, żartuje Eddie, a publiczność jest wniebowzięta.

Na tym właśnie polega magia koncertu Eddiego solo. To wizyta u starego znajomego, którego zwykle podziwiamy drącego się do mikrofonu, lub rozdającego wino fanom z pierwszych rzędów. Eddie w Pearl Jamie to oceaniczna fala, piękna, groźna i oczyszczająca. Eddie solo to morska bryza, gdy wieczorem na leżaku podziwiasz zachód wielkiego, gorącego słońca. Jego „dylanowska” postawa to miła odskocznia dla tych, którzy jeżdżą na wskroś kontynentu i świata, śpią pod salami koncertowymi, aby dostąpić niewątpliwego zaszczytu i niezwykłej przyjemności z bycia w pierwszym rzędzie. To także memento dla tych, którzy gdzieś w pearljamowym szaleństwie zagubili jego sens. Eddie solo to nie tylko obcowanie z wielką osobowością sceniczną, ale przede wszystkim z dziedzictwem muzyki, którą znajomy niski głos wynosi ponad upływający czas. To wreszcie wspomniana przeze mnie komunia, obrządek wspólnoty, podczas którego zebrani wierni dokonują oczyszczenia duszy i opuszczają obcą ziemię lepszymi ludźmi, pełnymi radości i wigoru – już wypatrując następnego razu.

And we may never meet again, so shed your skin and let's get started

Autor: Jakub Oślak
Foto: Jakub Oślak

Pokrewne wątki:

Poznaliśmy pierwsze gwiazdy Orange Warsaw Festival 2020

2019-12-06

Przyszłoroczna edycja festiwalu odbędzie się w dniach 5-6 czerwca na warszawskim Torze Wyścigów Konnych Służewiec.

Czytaj więcej...

Iamddb wystąpi w Warszawie

2019-12-06

Brytyjska gwiazda urban jazzu wystąpi po raz pierwszy w Polsce 18 marca w warszawskiej Stodole.

Czytaj więcej...

Aerosmith po raz czwarty w Polsce

2019-12-06

Grupa Aerosmith wystąpi 12 lipca w krakowskiej Tauron Arenie.

Czytaj więcej...

Szósty klip Booze & Glory z albumu "Hurricane"

2019-12-06

"Hurricane" to szósty i ostatni klip promujący nowy tak samo zatytułowany album grupy Booze & Glory.

Czytaj więcej...

Zamilska zremiksowała Editors

2019-12-05

Zdobywczyni nagrody Digital Dragons oraz właścicielka Untuned Records zremiksowała utwór „Black Gold”, pochodzący z ostatniego albumu Editors.

Czytaj więcej...

Pierwszy zwiastun nowego albumu Coals

2019-12-05

"Sleepwalker" zapowiada drugi album duetu Coals, który ukaże się w pierwszej połowie przyszłego roku nakładem wytwórni [PIAS] Poland and Eastern Europe.

Czytaj więcej...

Świąteczny utwór od Kwiatu Jabłoni

2019-12-05

"Idzie zima" to najnowszy, specjalny singiel świąteczny zespołu Kwiat Jabłoni.

Czytaj więcej...

Helloween wróci do Polski

2019-12-05

Legenda heavy metalu wystąpi 20 października w katowickim MCK.

Czytaj więcej...

Dawid Grzelak przedstawia "Zasięg"

2019-12-05

„Zasięg” to drugi singiel, zapowiadający nadchodzącą EP Dawida Grzelaka.

Czytaj więcej...

Phil X & The Drills przyjedzie do Warszawy

2019-12-04

Gitarzysta grupy Bon Jovi wystąpi ze swoim zespołem 23 marca na Open Stage w warszawskiej Stodole.

Czytaj więcej...

Koniec treści

Brak więcej stron do załadowania