Newsy muzyczne

Relacja: Godspeed You! Black Emperor / Warszawa, Palladium, 18.04.2018

Jakub Oślak zrecenzował dla nas jeden z dwóch tegorocznych polskich koncertów kanadyjskiej grupy Godspeed You! Black Emperor.

Gwiazdy sprzyjają polskiej scenie koncertowej. W tym konkretnym przypadku, mówimy o anty-gwiazdach. Nie śpiewają, nie odzywają się, nie chwalą pierogów i żubrówki, siedzą jakoś tak bokiem, albo otwarcie plecami do widowni. W skupieniu, w nastrojowym szumie, w towarzystwie skrzypiącego podestu oraz terkoczących projektorów filmowych zajmują swoje miejsca na scenie. Ich występ przypomina nie koncert rockowy, lecz muzykę poważną; w końcu gatunek który reprezentują nazywany post-rockiem to młodszy kuzyn rocka progresywnego, symfonicznego. Coś jednak sprawia, że w tej swojej zadumie pojawili się w Polsce już po raz czwarty. Nasza publiczność jest spragniona takich brzmień; wystarczy spojrzeć na Top Wszechczasów radiowej Trójki – jako naród słuchaczy lubimy takie emocjonalne, przydługie doły, jak Floydzi, Dire Straits czy trochę młodsi Archive. Wśród najczęściej odwiedzających nasz kraj muzyków zachodnich znajdziemy Fisha i Marillion, Stevena Wilsona oraz Anathemę. Po prostu lubimy taki sound – ponury, neurotyczny, koncepcyjny rock przeładowany instrumentami i emocjami. Być może dlatego Godspeed You! Black Emperor pochwycili także i nasze serca w swoim milczącym, kolektywnym uścisku, podobnie jak resztę świata.

Kto przybył pod progi warszawskiego Palladium trochę wcześniej niż w porze otwarcia drzwi, mógł bez problemu „wpaść” na niektórych muzyków. Mike Moya posilał się w sąsiedniej burgerowni, Efrim Menuck parokrotnie odwiedzał palarnię, a Sophie Trudeu zasiadała przy merchu. Ale nawet jeśli zostali rozpoznani – a na pewno zostali – nikt z fanów nie robił z tego powodu zagadnienia. Nie oni są tu języczkiem uwagi, lecz muzyka. MUZYKA. A dobrze wiemy, jak wielką siłę ma ona w ich wykonaniu. Za każdym razem ten sam rytuał; można wręcz powiedzieć, do znudzenia. Ciemność, szum, terkot projektora. Krzesełka ustawione w pół-okręgu. Gitary, skrzypce, dwie perkusje. A przed nimi otwierająca ten magiczny wieczór Resina, czyli Karolina Rec, uzbrojona w wiolonczelę, looper, głos i pokłady wyobraźni dźwięko-przestrzennej. Zdecydowanie najlepsza z dotychczasowych supportów Godspeed, bardzo dobrze „nastroiła” publiczność przyjemnym chłodem swoich soundscape’ów. Co się stanie dalej, było w sumie wiadomo. Zaczną wychodzić jedno po drugim, bez pośpiechu, każdy na swoje stanwoisko. Zaczynają stroić, mruczeć i brzdąkać, jak orkiestra przed uwerturą. Na ekranie świeci HOPE, kluczowe słowo dla GYBE. Właśnie nadzieję ma nieść ich muzyka. Nadzieję, ale na co?

Być może na chrzest ognia przy pomocy „Mladic”, gdyż właśnie ten popisowy numer otworzył koncert Kanadyjczyków. Bardzo na niego liczyłem; symbolizuje on powrót GYBE do czynnego grania, po 10 latach niebytu, ze zdwojoną mocą. Jakże typowy post-rock – początek statyczny, wręcz ambientowy, a po kolei, miarowo i metodycznie, zaczynają pojawiać się pasma gitar i rytmu. Coraz szybciej i głośniej, jak równie kluczowa dla ich estetyki rozpędzająca się lokomotywa. I wreszcie – po to tu dziś przyszliśmy – eksplozja ognia, furia dźwięków, tornado nad Kolorado porywające domy, krowy, psa i Dorotkę prosto do krainy Oz. A potem opadanie, coraz wolniej, aż do całkowitej ciszy. O to właśnie chodzi w ich muzyce. Setki parweniuszy, ale tylko jeden cesarz. Być może nie oni to wymyślili, być może przed nimi byli Swans, Slint czy Tortoise; ale to dzięki GYBE mówimy do dziś o post-rocku i chłoniemy go na żywo w najlepszym wydaniu. Tym bardziej, że oni są coraz lepsi; ich brzmienie z płyty na płytę gęstnieje, staje się wyraźniejsze, głośniejsze i postępowe. Nie ma tu żadnych rewolucji, tylko miarowa, metodyczna praca nad sobą i doskonaleniem tego, co było wcześniej. W Warszawie otrzymaliśmy od zespołu bowiem nie tylko siłę, ale i doświadczenie.

W kolejnej części koncertu usłyszeliśmy przede wszystkim nowe kompozycje z albumu „Luciferian Towers”. To niełatwa płyta, o czym już pisałem, i nie inaczej wypadła na żywo. To wyzwanie dla słuchacza, wycieczka wgłąb dziczy, gdzie nie wszystko jest zaprogramowane na przyjemność. Ich ściany dźwięku potrafią nie tylko unieść, ale też otumanić i porządnie zmęczyć. Szczególnie wtedy, gdy Godspeed prezentuje w całości zarówno „Bosses Hang”, jak i „Undoing a Luciferian Towers”. Harmonijny hałas o sile kuli do wyburzania budynków. Synchroniczny jazgot gitar, smyczków a nawet saksofonu. Żywioł buchający z cudownego pieca prosto w twarze zahipnotyzowanej widowni. Odurzający aromat gruzu, podkładów kolejowych, opuszczonych osiedli i podpalonej giełdy towarowej. Oczyszczająca destrukcja. Siła dźwięku, moc harmonii i furia dysonansu. Cały czas w milczeniu, wyłącznie dla wiwatującej publiczności. A gdy po kolejnym lądowaniu można było chcieć już tylko wody, zespół wytoczył ku aprobacie widowni dwa ze swoich „hitów” – potężne i przepiękne „Dead Metheny”, oraz „The Sad Mafioso” z ich pierwszego longplaya. Tej doskonałej płyty można słuchać do znudzenia, ale na żywo i tak będzie inaczej – głośniej, potężniej, i jeszcze dłużej.

Nieważne co Godspeed gra na żywo, jakie przygotuje kompozycje, czy będzie łagodne „Gathering Storm”, a może porywający „Moya”. To nie ma znaczenia, podobnie jak nie mają znaczenia imiona członków zespołu, ich głosy czy pożegnalne uśmiechy w kierunku widowni. Schodzą jeden po drugim, tak jak weszli, w zaprogramowanych sekwencjach hałasu, trzasków i szumów. Where are you going?, pyta senny głos ze „String Loop Manufactured During Downpour”. Tym razem każdy z muzyków wykonał gest pożegnalny, co jak na nich i tak jest dużym postępem. Ale przecież schodząca ze sceny orkiestra nie rzuca kostek gitarowych do rozhisteryzowanych fanów, nie ciska smyczków i nie rozdaje setlist. Nie orkiestra jest ważna; de facto, nie ma orkiestry – to tylko iluzja, to wszystko jest na taśmie. Jeśli muzyka to sen na jawie, to Godspeed należą do tych najdzikszych, najbardziej szalonych koszmarów, które po chwili stają się idyllą nad linią horyzontu. Albo odwrotnie. Czas apokalipsy, czyścieć – a potem przebudzenie. Nadal żyjemy, jesteśmy lepsi, chociaż zmęczeni. Pora do domu.

Autor: Jakub Oślak

Pokrewne wątki:

Michelle Gurevich wystąpi w Warszawie

2018-11-19

Kanadyjska artystka zaprezentuje się 23 maja w warszawskim klubie Niebo.

Czytaj więcej...

Koncertowy album od Meller/Gołyźniak/Duda

2018-11-19

30 listopada ukaże się koncertowe wydawnictwo będące zapisem jedynego występu jednego z najbardziej niezwykłych polskich projektów rockowych ostatnich lat.

Czytaj więcej...

Disturbed zagra w Warszawie

2018-11-19

Amerykańska formacja Disturbed zaprezentuje się 20 czerwca w warszawskiej hali Torwar.

Czytaj więcej...

Rod Stewart przyjedzie do Krakowa

2018-11-19

Rod Stewart wystąpi 21 czerwca w krakowskiej Tauron Arenie.

Czytaj więcej...

"T.Cover" od wczoraj w sprzedaży

2018-11-17

Bednarek & 5 Element oraz Pola Rise promują "T.Cover".

Czytaj więcej...

Nowy singel Frontside

2018-11-17

Zespół Frontside prezentuje nowy teledysk promujący wydany we wrześniu album "Zmartwychwstanie".

Czytaj więcej...

Sofi Tukker po raz pierwszy w Polsce

2018-11-16

Nowojorski duet Sofi Tukker zagra 25 marca w warszawskiej Proximie.

Czytaj więcej...

Shining na dwóch koncertach w Polsce

2018-11-16

Norweska grupa Shining zagra w lutym dwa koncerty w Warszawie i Wrocławiu.

Czytaj więcej...

Noibla z teledyskiem do "Atlantis"

2018-11-16

Klip do utworu "Atlantis" promuje album "Hesitation" krakowskiej formacji Noibla.

Czytaj więcej...

Zobacz debiutancki klip białostockiego White Noise

2018-11-16

"i Find Myself" to tytuł nowego singla białostockiej formacji White Noise.

Czytaj więcej...

Koniec treści

Brak więcej stron do załadowania