Newsy muzyczne

Relacja: Pearl Jam w Krakowie

Nasz wysłannik Jakub Oślak przemierzył Europę wraz z grupą Pearl Jam. Oto jego relacja z koncertu w krakowskiej Tauron Arenie, który odbył się 3 lipca.

And I listen for the voice inside my head; nothin', I'll do this one myself

Nazywają nas Jamily. Albo Jammers. Jesteśmy grupą podróżników, która rusza zarówno w duchową, jak i całkiem fizyczną podróż, gdy tylko Pearl Jam pojawia się w okolicy. Zasięg owych podróży zależy od osobistego podejścia i gotowości do poświęceń (czyt. zasobów finansowych, urlopu, okoliczności), ale każdemu przewodzi jedna myśl – jeden koncert Pearl Jam to za mało. Ten zespół zbudował swój kult na jednej, ale jakże ważnej rzeczy – na świadomym traktowaniu fanów jako ludzi, którzy przybyli na ich występ oczekując czegoś wyjątkowego. Każdy koncert Pearl Jam ma indywidualny przebieg, począwszy od plakatów, przypinek i koszulek, a na setliście skończywszy. Widz koncertu Pearl Jam ma gwarancję, że jego koncert – czy to w Krakowie, czy w Porto Alegre – nie powtórzy się nigdzie indziej. Widz koncertu Pearl Jam ma gwarancję, że dostanie zestaw piosenek rozpisany osobiście przez Eddie’go Veddera tuż przed występem, w zależności od nastroju, atmosfery miejsca i humoru zespołu. Widz koncertu Pearl Jam ma gwarancję, że zespół będzie grał właśnie dla niego, a Eddie przemówi nawet jego językiem. Widz koncertu Pearl Jam ma gwarancję, że z widza stanie się aktywnym uczestnikiem tych wszystkich wydarzeń, które porywają tłumy jak świat długi i szeroki, a jeśli dopisze mu szczęście – złapie jakąś pamiątkę od zespołu w postaci tamburynu lub gitarowej kostki. Wreszcie, widz koncertu Pearl Jam ma gwarancję, że opuści halę koncertową jako ktoś inny, jakby lepszy i weselszy, i od razu zapragnie udać się do kolejnego miasta, w otoczeniu tych wszystkich narwanych przyjaciół, których dopiero co spotkał, a być może już zwiedził z nimi kawał świata. Włochy, Dania, Grecja, Niemcy, Szkocja, Australia, RPA, Peru, Kolumbia, Meksyk, Kanada, Izrael, USA – wszystkie te kraje miały swoich przedstawicieli w Tauron Arenie, podobnie jak na całej reszcie tej trasy. Jak można nie poddać się takiemu zgromadzeniu narodów i to pod egidą tak wybornej muzyki?

Pearl Jam i jego fani to związek na śmierć i życie. Tak jak oni są koncertowymi dziedzicami Grateful Dead, tak i ich wielbiciele kontynuują tradycję Deadheads – zorganizowanej, międzynarodowej rodziny fanów, która wsiada w swoje podgrzewane busy i vany i rusza tam, gdzie udał się ich zespół. Polscy fani Pearl Jam należą do jednej z najliczniejszych i najbardziej oddanych w Europie – zaraz po Włochach. Nie ma znaczenia czy zespół gra w Rio de Janeiro na Maracanie, w Chicago na Wrigley Field, czy w Mediolanie na San Siro. Tam gdzie oni, tam i my. Oczywiście, im bliżej Wisły, tym odsetek biało-czerwonych flag i koszulek z napisem Touring Poles jest większy; pod tym kątem, Praga i Berlin już tradycyjnie zaludnia się pielgrzymami z Polski. Fenomen popularności tego zespołu w naszym kraju nie jest do końca jasny. Być może chodzi o spojrzenie Veddera w klipie do „Jeremy”, które dostrzegł każdy młody człowiek na początku lat 90-tych z dostępem do telewizji satelitarnej. Być może chodzi o wysoce osobiste, emocjonalne i zaangażowane teksty piosenek, których klimat masowo wdarł się do naszej rodzimej muzyki z tamtej dekady, gdy królował grunge. Być może chodzi o sposób bycia tego zespołu – bez wywiadów, bez teledysków, w ciuchach z lumpeksów, bez blichtru sławy i blasku pieniędzy (a przecież ci goście siedzą na milionach). Pearl Jam jest zespołem złożonym z ludzi – Vedder nie jest Bono, Jaggerem ani Gahanem – nie ucieka czarnym vanem od razu po koncercie do pięciogwiazdkowego hotelu. Zanim to zrobi to rozrzuci prezenty, zejdzie do fosy aby przybić piątki z najbardziej gorliwymi fanami, rozleje im do kubków swoje ulubionego wino (Barolo), a nawet wyściska i szepnie na ucho „Dobrze cię znowu widzieć!”. Bez zadzierania nosa, bez rutyny, zawsze z pełnym poświęceniem. Jesteśmy zawsze z fanami, bo sami tacy byliśmy – powiedział kiedyś Mike McCready, wirtuoz gitary w Pearl Jamie. Tej zasady trzymają się do dziś i tacy już pozostaną.

Oh please let it rain today, this city's so filthy like my mind in ways

Nie sposób jest omówić wydarzenia z krakowskiej Tauron Areny bez zarysu szerszego kontekstu, zarówno geograficznego, jak i historycznego. To tak, jakby analizować słynne gitarowe solo z „Comfortably Numb” bez słów tej piosenki i ich znaczenia w całym „The Wall”. Dzieło Floydów jeszcze powróci w tej relacji, ale najpierw musimy ustawić się w kolejce do wejścia. Ci, co chcieli być jak najbliżej zespołu przybyli pod imponującą halę Tauron Areny już o czwartej rano... ale dwa dni wcześniej, tuż po wspaniałym koncercie w Pradze w o2 Arenie (znanej także jako Sazka Arena, gdzie na codzień gra w hokeja miejscowa Sparta). Tak, na koncertach Pearl Jam nie ma czegoś takiego jak Golden Circle czy VIP meet and greet, czegoś za co można zapłacić, a co ustawi cię w pierwszym rzędzie. Poza ceną biletu (z roku na rok rosnącą, niestety) trzeba też swoje odstać. Nie ma żadnych list ani numerków na nadgarstkach – kiedyś były, ale stanowiły jedynie pole do nadużyć. Wiem kto stoi przede mną, wiem kto stoi za mną. Kultura kolejkowa jest w naszym DNA, nic więc dziwnego, że już o tak dziwnej porze pod Tauronem zebrała się spora grupa fanów, która mogłaby zapełnić mały klub muzyczny w niejednym mieście. Rozstawione namioty, rozłożone śpiwory, krzesełka wędkarskie i dużo dobrego humoru; to wszystko, czego potrzeba do przeżycia w takiej sytuacji. Freezin' rests his head on a pillow made of concrete again; słowa otwierające przebój Pearl Jam „Even Flow” zawsze cieszą i pasują w takich sytuacjach. Oczywiście, zmęczenie, stres i frustracje potrafią zakłócić nawet najpiękniejszą idyllę koncertową; jesteśmy bowiem tylko ludźmi, zwierzętami, które na codzień mówią ludzkim głosem. Miewamy swoje ekstazy i całkiem sensowne myśli, jednak w sytuacjach ekstremalnych zawsze górę wezmą instynkty. Wzorem Deadheads, staramy się być razem, dla siebie nawzajem, pomocnym i przyjaznym, a przynajmniej nie wchodzić sobie w drogę. Jesteśmy tu we wspólnym celu, a jest nim koncert. Koncert to komunia, a komunia oznacza wspólnotę.

Być może fani Pearl Jam jeszcze nie mają swojej Shakedown Street, ale to tylko kwestia czasu; istnieje bowiem wiele lokalnych „oddziałów” globalnej Jamily – polskich i międzynarodowych – co sprawia, że na koncercie Pearl Jam nikt nigdy nie jest sam. Nawet jeśli jest odludkiem albo zwyczajnym gburem, zawsze znajdzie kogoś, kto rozmawia w jego języku. Nie trzeba też obecności socjologa, aby dostrzec ile grup wiekowych tu przychodzi. Zarówno dzieci w wieku szkolnym ze słuchawkami ochronnymi (często już z kilkoma koncertami na koncie), jak i pulchne wiarusy ze Stanów, których licznik od dawna jest trzycyfrowy. Koncerty Pearl Jam to też statystyka – ile, gdzie, jakie kontynenty, czego ci brakuje, jakie rarytasy słyszałeś na żywo? Istnieje nawet specjalna aplikacja, która to wszystko zlicza. Ale to oczywiście tylko smaczki. Poza nimi, są też rzeczy poważniejsze, jak np międzynarodowa organizacja non-profit Given To Live, której celem jest zabieranie na koncert Pearl Jam (i nie tylko) tych, którym życie rzuca pod nogi kłody i dla których taka rozrywka jest zwyczajnie poza zasięgiem marzeń. Muzyka jest lekiem, a jej najsilniejsza forma to oczywiście koncert; i chociaż nie rozwiąże on codziennych problemów, to pozwoli na ten jeden wieczór o nich zapomnieć. Pearl Jam zawsze był zespołem dla ludzi, czuł ich puls i nastrój, wiedział kiedy krytykować Busha, a kiedy chwalić Obamę, wiedział kiedy mierzyć się z korporacjami, a kiedy wspierać ruchy emancypacyjne. Zarówno w Pradze jak i Krakowie udzielił bardzo donośnego wsparcia Strajkowi Kobiet (a propos zaostrzenia ustawy anty-aborcyjnej), oraz mieszał z błotem Donalda Trumpa – dla czystej formalności, bo Trump skutecznie robi to sam. Pearl Jam to zespół, który wie gdzie się znajduje i nie jest to wnętrze szklanej bańki. Na ich koncertach nie istnieje barykada. Nie ma drugiego takiego zespołu, na tym poziomie sławy, który nawiązał ze swoimi fanami taką relację, więź, a nawet przyjaźń.

Holding hands are daughters and sons. And their faiths are falling down, down, down, down.

Jesteście niesamowici, zupełnie inna kultura, nie to co ci od Metallicy, mówi do mnie supervisor słynnej polskiej agencji ochrony imprez i obiektów. Widok namiotów to dla nich nic nowego; natomiast zupełnym novum było dla nich zorganizowanie, dyscyplina i chęć współpracy, jaką fani Pearl Jam zaprezentowali przed pracownikami ochrony. Wyzwanie było spore, albowiem Pearl Jam należy do tych zespółów, które na punkcie bezpieczeństwa mają świra. Pamięć Roskilde 2000 jest w każdym, kto choć trochę rozumie ten zespół. To dlatego ochrona Pearl Jam we współpracy z polską wprowadza nas po 40 godzinach czekania do Tauron Areny – powolutku, gęsiego, krok za krokiem, w tempie procesji. Teraz nie czas na rock’n’roll – to nastąpi w trakcie koncertu. Teraz czas na spokój, uśmiechy i bezpieczeństwo. Eddie Vedder nie rzuca się już w tłum ludzi na „Porch”, chociaż w Amsterdamie przydarzył mu się bardzo łagodny crowd-surfing. Kiedyś byli oskarżani o podburzanie tłumu do agresji; w rzeczywistości, nawet najmniejsza próba szaleństwa w tłumie, która godzi w bezpieczeństwo innych zostanie natychmiast wyłapana przez ochronę. Widzę bardzo ładny mosh-pit, który oceniam na pięć punktów, ale proszę uważajcie na siebie, powiedział Vedder w Berlinie. Owszem, w tym samym Berlinie zdarzył się nos rozcięty przez lecący kubek piwa. W Barcelonie zaś organizacja pokazała co dla Hiszpanów (tudzież Katalończyków) oznacza mañana. W Krakowie jednak wszystko zagrało jak należy, zarówno ochrona jak i ludzie. Miałem obawy, że ci pierwsi nie podołają, a tych drugich „poniesie grunge”. Nic z tych rzeczy. Na słowa uznania zasługują wszyscy, którzy mieli na ten koncert wpływ – od organizatora, przez ochronę, po nagłośnieniowca. To był koncert, który spełnił wiele życzeń i marzeń, zarówno tych, którzy czekali na pierwszy od 18 lat halowy występ Pearl Jam w Polsce, jak i tych, którzy pędzili na wyścigi samochodami z Pragi dwa dni wcześniej.

Wystrój sceny Pearl Jam w 2018 może zaskoczyć tych, którzy pamiętają ich polskie koncerty z 1996 i 2000. Wtedy panowała asceza scenograficzna, jakieś świeczki, jakaś szmata, nie za dużo światła. Teraz jest inaczej – z podwieszanej konstrukcji spoglądają na nas tajemnicze kule przypominające planety, a w tle sceny oraz nad nią spoczywają instalacje przypominające fragmenty złomowiska. Wszystkie te elementy są rzecz jasna ruchome, a w ich wnętrzu poukrywanych jest mnóstwo przenikliwych, zniewalających świateł. Po obu stronach sceny ogromne telebimy, z których przekaz na żywo będą oglądać ci z dalszych części hali. Wreszcie, trybuna za plecami muzyków, także wyprzedana. Być może taki widok to żadna przyjemność, ale to przecież Pearl Jam. Na bis obeszli swoją scenę i zagrali frontem do publiczności z tyłu, jak mają w zwyczaju w tego typu sytuacjach. Ale to było potem. Najpierw, gdy scena spowiła się błękitem, a z głośników doszły nas dźwięki drugiej „Metamorfozy” Philipa Glassa, czas zaczął biec w zwolnionym tempie. To ten moment, gdzie w oku pojawia się pierwsza łza, a włosy na spieczonych słońcem rękach stają dęba. Wtedy jest czas na ostatni uśmiech do sąsiada, na ostatnią piątkę z podróżnikiem obok, wtedy jest czas na wdech i wrzask. Zespół wyłania się gdzieś z boku, zza potężnych systemów nagłaśniających – na flankach dwie gitary, lodołamacz serc Mike McCready i stoicki smak nabyty Stone Gossard, obaj będący na swój sposób ulubieńcami publiczności. Obok w purytańskim kapeluszu z rondem i Air Jordanach na nogach – Jeff Ament, basista i kreatywna dusza zespołu. Za bębnami Matt Cameron, ongiś w Soundgarden i w „Ataku Pomidorów Zabójców”. Organy i inne klawisze – Boom Gaspar, tajemniczy kaznodzieja z Hawajów. Na froncie zaś, jak zawsze z butelką wina i stertą karteluszek pod pachą, ten jeden i jedyny i uwielbiony przez gatunek ludzki Eddie Vedder. Są gotowi. My jesteśmy gotowi. Czym zaczną?

Tonight began with anything, shaft of a light, a warm breath and a scream

Każdy fan Pearl Jam wie, że gdy zespół otwiera swój występ utworem „Of The Girl” z płyty Binaural, oznacza to, że wieczór będzie wyjątkowy. To oznacza, że muzycy nie potraktują tego dnia rutynowo, jak zapewne często im się zdarza; w końcu tak jak my są tylko ludźmi, i czasami może im się po prostu nie chcieć. Gdy jednak po takim wstępie rozbrzmiewa uwielbiany przez publiczność i  równie nietypowy „Present Tense” jest już jasne, że tą noc zapamiętamy na długo. Moim sąsiadom na barierce szklą się oczy i drżą im usta. To także pierwsza próba śpiewu wszystkich gardeł, jakie zebrały się w Tauronie; oczywiście zdana celująco. Czuć jest wibracje, czuć jest to oczekiwanie, które właśnie uchodzi do stratosfery wśród ramion wyciągniętych w geście zwycięstwa, jak zhańbiony król Jeremy. Ponad wszystko, czuć jest frajdę, dziecięcą chwilę szczęścia rozciągniętą w czasie do trzech godzin. Zespół to czuje i reaguje natychmiast. Widać energię, uśmiechy i zaangażowanie. McCready już dostaje swojego typowego ADHD, a Gossard imituje słynne ruchy Chucka Berry i jego kaczy chód. Vedder tymczasem ściąga kurtkę, ochrona wyprowadza fotoreporterów – czas na rock’n’roll. „Last Exit”, „Why Go”, „Do the Evolution”, „In Hiding” – wszystkie cztery wykrzyczane z dna trzewi i wymachane rękami, flagami oraz pisemnymi życzeniami. Publiczność reaguje fantastycznie; nikt nie udaje, że mamy rok 1992 i trwa PinkPop, a jednocześnie uderza w zespół falą radości, energii i natchnienia. Teraz zagramy coś, czego na pewno nie znacie, mówi Vedder, po czym dochodzą nas dźwięki i słowa piosenki „Other Side”. To rzecz dla „kolekcjonerów”, wielki rarytas, grany na żywo dopiero po raz trzeci w historii. Oni tak właśnie mają – z jednej strony przeboje znane wszem i wobec, a z drugiej delikatesy dla największych fanów. W Pradze, na tych samych zasadach, usłyszeliśmy równie pożądany „Help Help”, a w Amsterdamie „Bee Girl”.  Ten zespół już tak ma.

Równie chętnie co swoje rarytasy Pearl Jam spełnia życzenia fanów, mocno w stylu Bruce’a Springsteena. Usłyszeliśmy chociażby „Green Disease” zamówiony przez siostry-bliźniaczki, oczekiwane od początku trasy przepiękne „All Or None”, a także „Footsteps” oraz „Garden”. Szczególnie ten ostatni został przywitany, jak zwykle zresztą, westchnieniem aprobaty. To cudowna piosenka, przejmująco smutna i oczyszczająca, jednak nie wykonywana często na żywo. Bardzo dużo wymaga bowiem od głosu Veddera, który już raz mu na tej trasie odmówił posłuszeństwa (odwołany koncert w Londynie). Ale nawet gdy Vedder „nie dociąga”, tam może liczyć na urzeczoną i wierną publiczność, która owe niedociągnięcia dośpiewa za niego. W podobny sposób dokończone zostało „Just Breathe”, podczas którego zupełnie padło nagłośnienie. To jedna z ukochanych piosenek Veddera, totalna pościelówka przy której ludzie płaczą, całują się i biorą ślub. Przez chwilę miał w oczach morderstwo, ale tego wieczoru zbyt dużo działo się dobrego, aby natychmiast pozwalniać swoich techników. Usterka została szybko naprawiona, piosenka dokończona, a w międzyczasie w ręce gorącej publiczności poszły kubki z winem. Vedder wie jak umilić czas fanom bez muzyki (w piłkarskim żargonie, dobrze gra bez piłki); dużo mówi i żartuje, chwali inicjatywę Strajku Kobiet (na ich cześć zagrano „Lightning Bolt”), albo przedstawia zespół po polsku, kończąc słowami ...I ja! Dupa! Oczywiście większość publiczności najbardziej cieszą przeboje – obowiązkowe „Even Flow” i „Alive”, „I Am Mine” i „Severed Hand”, a także „Given To Fly”, „Once” i „Porch”. Na tej ostatniej piosence zawsze „coś się dzieje”. Kiedyś Vedder wspinał się na rusztowania albo skakał w tłum. Dziś po prostu schodzi do fosy, wspina się na barierki i trzyma za rękę skąpaną w emocjach filigranową fankę, cały czas śpiewając i dyrygując resztą tłumu. Showman, profesjonalista, ale szczery i oddany.

When I was a child I caught a fleeting glimpse out of the corner of my eye

Obok hitow, rarytasów i życzeń publiczności, Pearl Jam specjalizuje się w wykonywaniu na żywo całej gamy coverów. Garściami czerpią z katalogów The Who i Neila Younga, a na tej trasie zdarzyło im się wykonać już „Help!” Beatlesów w Pradze, „Black Diamond” Kiss w Rzymie, oraz „Angie” Rolling Stonesów w Berlinie. W Krakowie zaś, zupełnie bez ostrzeżenia i jakichkolwiek zapowiedzi, usłyszeliśmy „Comfortably Numb” Pink Floydów. Vedder zna się osobiście z Rogerem Watersem i wykonywał z nim wspólnie tą przepiękną piosenkę, z której słowami na pewno potrafi się zidentyfikować. Ale oczywiście znacznie trudniejsze zadanie niż Vedder ma przy tym utworze McCready, który musi uciągnąć to najwspanialsze solo gitarowe w historii rocka, należące do profesora Davida Gilmoura. McCready był dobrze przygotowany, dysponując nawet sygnowanym przez Gilmoura czarnym stratocasterem. Jego wykonanie było godne, brawurowe i... własne. Kiedyś w podobny sposób porywał dziką interpretacją„Maggot Brain” Funkadelic oraz „Little Wing” Hendrixa. Własne solówki, chociażby tą z „Even Flow”, już od dawna potrafi wykonać trzymając gitarę za głową, a jak trzeba to i zębami. Gdy oczy odpływają mu w szale twórczym, wtedy często gryf gitary kończy wbity we wzmacniacz – i nie inaczej było tym razem w Krakowie. Nie widział tego jednak jeden z fanów w pierwszym rzędzie, który gdzieś w czeluściach wyobraźni czekał na ten utwór bardzo długo. Emocje nie wytrzymały, łzy przerwały tamę powagi, a ręce same zakryły twarz ze wstydu. Takie momenty przychodzą same i nie ma nad nimi kontroli. The child has grown, the dream is gone... Gdy McCready unosił sklepienie Tauron Areny swoją gitarą, Vedder stał wtedy na stopniu barierki, ściskając owego fana przez zawieszoną w czasie minutę. Tym fanem byłem ja. Jak to mawiał Kurt Vonnegut, zdarza się. Tylko co w tamtej chwili robiła w moim ręku dmuchana piłka plażowa?

Zespół długo nie schodził ze sceny Tauron Areny. Usłyszeliśmy jeszcze „Fuckin’ Up” z repertuaru Neila Younga i Crazy Horse, oraz „Yellow Ledbetter”, które tradycyjnie kończy większość koncertów Pearl Jam. Zespół kłaniał się, rozrzucał prezenty i dziękował za wspólnie spędzoną magiczną noc. Vedder oczywiście nie zapomniał też o podróżnikach, którym zawsze składa dzięki za niezwykłe poświęcenie. Jesteśmy zaszczyceni waszą obecnością, mówił cztery lata temu w Oslo. Jak wy to robicie? Powinniście być zespołem i koncertować, może kiedyś wystąpilibyśmy przed wami... to już Kopenhaga z 2012. Ale z was hardcorowcy! Berlin w tym roku. Dziękujemy za całą energię jaką nam dajecie, Barcelona. A przecież to fani za każdym razem dziękują im za te same chwile, spędzone w środku muzycznego cyklonu, poza którym nic więcej się nie liczy. Nie istnieją problemy, choroby, prace, rachunki, nierówności społeczne, politycy, korupcja, ksenofobia; nie istnieje ból, głód i strach. Gdy gra Pearl Jam, każdy z fanów może poczuć się, jakby stał z nimi na scenie i grał razem z nimi. Ba, w Krakowie jeden z nich na owej scenie wylądował, wykonując na gitarze Gossarda akordy „Yellow Ledbetter”. To był wieczór spełnionych oczekiwań, życzeń i dzikich marzeń. Legendarny Spodek 2000 (noc druga) może udać się na zasłużoną i długo oczekiwaną emeryturę. Teraz mamy świeżą legendę – Kraków 2018. Gdy opuszczałem Tauron w otoczeniu przyjaciół, a także obcych ludzi, którzy na ten wieczór także stali się przyjaciółmi, czułem jakby ten koncert był zagrany dla mnie; jakbym to ja był gwiazdą wieczoru. I jestem przekonany, że podobnie czuło się znacznie więcej osób. Na tym właśnie polega moc Pearl Jam, której być może nie rozumieją nawet oni sami. Tego dnia, w tej sali, zostawili nam część siebie, podobnie jak my im. Ta transmisja energii między zespołem a widownią jest kluczem do sukcesu – i chwil, których nie zapomni nikt z tam obecnych. Chwil trwających 3 godziny.

Gdy to piszę, pielgrzymom została jeszcze jedna noc – przełożony koncert w Londynie. Emocje w bebechach wariują. Z jednej strony organizm wrzeszczy o gruntowny odpoczynek, a nie dietę pszenno-chmielowo-tytoniową. Z drugiej, dusza woła o więcej. Nie chcę wracać do domu; chcę czuć pod rękami barierkę, chcę słyszeć śpiew i oklaski, chcę spać na betonie i czuć dotyk spoconych ciał. I łzy spływające po twarzy, jak na „Inside Job” w Amsterdamie, jak na „Comfortably Numb” w Krakowie i jak na „Oceans” w Barcelonie. Chcę przeżywać to razem ze wszystkimi. I miss you already, I miss you always.

Autor: Jakub Oślak
Foto: Maciej Miękina

Pokrewne wątki:

Nowy klip od Paula McCartneya

2018-08-16

"Fuh You" to pierwsza zapowiedź nowego albumu byłego "Beatlesa".

Czytaj więcej...

Nothing But Thieves wróci do Polski

2018-08-16

Po wczorajszym świetnie przyjętym koncercie w Warszawie, brytyjska grupa Nothing But Thieves zagra 7 listopada w poznańskiej hali MTP nr.2.

Czytaj więcej...

$uicideboy$ za pięć dni w Warszawie

2018-08-16

Amerykańska grupa hip-hopowa $uicideboy$ zagra 21 sierpnia w warszawskiej Stodole.

Czytaj więcej...

Księżyc i Alameda 5 w Pardon, To Tu w warszawskim Pardon, To Tu

2018-08-16

Polecamy dwa interesujące koncerty, które odbędą się 21 i 26 sierpnia w warszawskim klubie Pardon, To Tu.

Czytaj więcej...

Zola Jesus na trasie po Polsce

2018-08-14

Zola Jesus zaprezentuje się w listopadzie w Warszawie, Sopocie, Poznaniu i Wrocławiu.

Czytaj więcej...

Nowy utwór Joe Strummera

2018-08-14

Wytwórnia Ignition Records postanowiła uczcić zbliżające się urodziny Joe Strummera (21 sierpnia) ujawniając kolejny utwór zwiastujący najnowsze wydawnictwo tego legendarnego muzyka „Joe Strummer 001”.

Czytaj więcej...

Zamów debiut Smolastego przed premierą

2018-08-14

Już 7 września ukaże się ‘Fake Love’, czyli debiutancki długogrający album Smolastego - autora tekstów, wokalisty oraz producenta, nominowanego w 2018 roku do Fryderyka w kategorii ‘fonograficzny debiut roku’.

Czytaj więcej...

Panieneczki z debiutancką ep-ką

2018-08-14

“Opowieści zasłyszane na wiosce – część pierwsza” to tytuł debiutanckiej ep-ki pochodzącej z Bydgoszczy neo-folkowej grupy Panieneczki.

Czytaj więcej...

Cloud Nothings zapowiada nową płytę

2018-08-13

Cloud Nothings powraca z najnowszym krążkiem „Last Building Burning”. Płyta pojawi się na półkach sklepowych 19 października nakładem wytwórni Wichita Recordings.

Czytaj więcej...

Apoptygma Berzerk wyda reedycję pierwszej płyty

2018-08-13

Debiutancka płyta norweskich klasyków nurtu EBM grupy Apoptygma Berzerk doczeka się winylowej i kompaktowej reedycji. Premiera już 11 listopada.

Czytaj więcej...

Koniec treści

Brak więcej stron do załadowania