Newsy muzyczne

Relacja: King Crimson w Londynie

Nasz wysłannik Jakub Oślak obejrzał dwa londyńskie koncerty formacji King Crimson. Oto jego relacja.

"If we make it we can all sit back and laugh,

But I fear tomorrow I'll be crying." 

"Komu potrzebny jest Robert Fripp?", zapytałem żartobliwe półtora roku temu Pata Mastelotto w Warszawie. Jego srogie spojrzenie wyraźnie zdeprecjonowało moje poczucie humoru. Już wtedy było wiadomo, że ćwiczą gdzieś w zaciszu angielskiej wsi, zbierając nowe pomysły i reanimując zakurzone klasyki. King Crimson ponownie miał ze słowa stać się ciałem. Spekulacje i emocje wśród poddanych Króla podgrzewały kolejne doniesienia - muzyków będzie siedmiu, wraz z nowym wokalistą, trzema perkusistami i powracającym do składu po ponad 40 latach Melem Collinsem. Następnie krótka trasa po USA. Wreszcie, Europa! I wyraźne słowa Frippa - to ostatnia szansa, aby ujrzeć Króla na scenie.

To i wiele innych wspomnień powróciło do mnie, gdy siedziałem na pokładzie samolotu lecącego do Londynu na dwudniową audiencję. Wkładka do "Tylko Rocka" ponad 20 lat temu, tamto popołudnie gdy usłyszałem "In the Court of the Crimson King", film "Buffalo '66" Vincenta Gallo i taniec Christiny Ricci, niesamowite nagrania koncertowe z czasów "Larks' Tongues in Aspic", "Dyscyplina" i wszystko co było po niej, wreszcie uścisk dłoni Adriana Belew. I ten najważniejszy moment - relacja Tomka Beksińskiego z koncertu King Crimson w 1996. Pamiętam swoje poruszenie gdy czytałem ją po raz pierwszy. Do dziś często do niej wracam. Czekał 20 lat na spotkanie z Królem. Tyle co ja.

To jednak tylko przeszłość, którą być może ktoś kiedyś ponownie wyświetli przed naszymi oczami. Tymczasem odczuwam radość i niedowierzanie, gdy zasiadam na balkonie teatru Hackney Empire, czekając na objawienie. To wydarzenie, jak i cała trasa, nie odbywa się w brzmieniu fanfar. To raczej dyskretne zaproszenie dla wybrańców do podążenia mniej uczęszczanymi, niewydeptanymi lub zapomnianymi ścieżkami. Do konfrontacji z ostatnim wcieleniem Bestii. Poddani Króla mieli otrzymać zarówno najświeższy jak i dawno zapomniany repertuar. Ci mniej gorliwi sympatycy grupy przybyli tu po prostu po progresywną maestrię. Dla laików i sceptyków nie było tego wieczoru miejsca.

Tradycyjnie, wchodzących witał nagrany uprzednio przez Frippa soundscape. Widok sceny jeszcze przed koncertem robił ogromne wrażenie. Z przodu trzy zestawy perkusyjne, uginające się pod ciężarem całej gamy talerzy i dzwonów, obstawione stolikami z przeszkadzajkami i elektroniką. Na drugim planie, na podwyższeniu, flety i saksofony, basy, kontrabas i Chapman's Stick, mikrofon, gitary i niezliczone efekty. Tu nie będzie żadnych laserów, projekcji ani pompowanych armat. W tym pomieszczeniu będziemy świadkami operacji na żywo - precyzyjnej jak skalpel, szalonej jak piła mechaniczna, wzruszającej jak topniejący w zachodzącym słońcu lód. Dziś podziwiamy majestat muzyki.

"Sundown, dazzling day, gold through my eyes -

But my eyes, turned within, only see starless and bible black."

Koncert poprzedziła bardzo uprzejma prośba od zespołu o wyłączenie telefonów i aparatów. Ta nieunikniona zmora dzisiejszych czasów potrafi zepsuć niejeden koncert, szczególnie taki, który wymaga skupienia. Gorsze jest tylko gadanie i latanie po piwo w trakcie utworów! Na szczęście fani doskonale wiedzą jak bardzo Fripp jest wyczulony na tym punkcie i zachowywali się kulturalnie. Zresztą i tak w momencie gdy te perkusje uderzyły równocześnie wszelka uwaga zwrócona była wyłącznie w kierunku sceny i zachodzących na niej zjawisk. A tych było niemało. I oto są: Mel Collins, Tony Levin, Jakko Jakszyk, Robert Fripp, Pat Mastelotto, Bill Rieflin i Gavin Harrisson!

Przede wszystkim to z czego zawsze słynął King Crimson - wizjonierstwo, nieszablonowość, technika i emocje. Każdy z muzyków obecnego ucieleśnienia Króla to mistrz swojego instrumentu. Ich intensywnie ćwiczony mariaż talentów sprawił, że na scenie są nie tylko sumą swoich umiejętności, ale zachwycającą, hipnotyczną potęgą, żywiołem tudzież Bestią. Wszystko jest idealnie zgrane, a pod czujnym okiem Frippa nie ma mowy o najmniejszych błędach. Doskonale sprawdzają się zarówno w malowaniu łagodnych, bajkowych krajobrazów, jak i ostrych, pokiereszowanych systemach dźwięków wściekle atakujących swoje ofiary. Hołdują najbardziej wytrawnym obszarom rockowej gry i szarady.

Żadne słowa nie oddadzą jednak piękna, które na powrót przyniósł zespołowi Mel Collins. Jego flet i saksofon przywróciły brzmieniu King Crimson dawną bajkowość, ten czar zaklętych skowronków i purpurowych motyli. Do akcji wróciły także melotrony, jeden z symboli muzyki King Crimson z lat 60. i 70. Fale sonicznych barw jakie niosły ze sobą gitary przeplatają się z pierwotnym, synchronizowanym rytmem perkusji, które pogłębione mistrzowskim basem przyprawiały o palpitacje serca w przełyku. Całości dopełniał melodyjny, nostalgiczny śpiew Jakko Jakszyka. Obawiałem się, że ów jegomość, nowa postać w królewskim orszaku, będzie jego najsłabszym ogniwem.

Wszelkie wątpliwości zniknęły w połowie koncertu, gdy zespół po serii skomplikowanych, ciężkich od zmian tempa i skal kompozycjach sięgnął po starą jak on sam balladę. Chwilę zajęło mi, zanim rozpędziłem chmurę niedowierzania i wyróżnienia - oto bowiem słyszę grane tu na moich oczach i dla moich niegodnych uszu słynne "Epitafium". Kiedy ostatnio King Crimson wykonywał ten utwór? Obstawiam, że pod koniec lat 60. Ale te dane pozostawmy kronikarzom. Trzeba otrzeć łzy i chłonąć moment, jeden z tych dla których warto żyć w otoczeniu muzyki, przynoszącej radość i ukojenie, smutek i ból. Widać było, że dla samego Jakko była to także chwila epokowa.

Ale na tym nie koniec rewelacji. Pod koniec głównego seta przyszedł moment definiujący ten niezapomniany wieczór. Znowu nostalgiczne dźwięki melotronu i tym razem niezwykle łagodna gitara Frippa. Publiczność aż jęknęła z zachwytu - nadszedł bowiem "Starless", który zachwycał z bootlegów pochodzących z amerykańskiej części trasy. Piękna i magii tej kompozycji nie sposób opisać słowami. Bardziej niż którykolwiek inny utwór definiuje on moc muzyki King Crimson, jest ich sygnaturą i wizytówką. Ta moc, która raz wpuszczona do serca słuchacza pozostaje w nim na zawsze, jak amulet dodający siły, uśmiechu i sensu istnienia. Czas na ukłon, a po nim bisy.

Te nie pozostawiły wątpliwości, że przeżywam jeden z koncertów życia. Najpierw "Dwór", a potem "Schizofrenik". Ten szalony, genialny i porywający utwór zabrzmiał dokładnie tak, jak tego oczekiwano - jak pożegnanie w wielkim stylu, z wybornym solo na perkusji Gavina Harrissona. Steven Wilson może czuć się szczęściarzem, że ma w Porcupine Tree tak fantastycznego perkusistę. Muzycy schodzili ze sceny rozpromienieni, dziękując zgromadzonej publiczności za obecność, aplauz i oddanie. Sam Robert Fripp rzecz jasna nie ukłonił się, tylko z kamienną twarzą przyglądał swoim wiwatującym poddanym. Bez cienia jakiegokolwiek gestu zniknął za kulisami. To w końcu przywilej króla.

Ja sam opuszczałem salę oszołomiony, wciąż nie dowierzając w to, czego przed chwilą byłem świadkiem. I w to, że nazajutrz udam się w to samo miejsce, aby przeżyć to jeszcze raz. W muzyce King Crimson można zanurzyć się na całe życie. Ona pomaga zrozumieć wiele rzeczy, jak owoc z rajskiej jabłoni. Dopiero stojąc na ulicy i zdając na gorąco relacje przez telefon puściły mi nerwy. Jedźcie gdzieś na ich trasę, póki możecie. Więcej okazji nie będzie. 

Pierwsza noc - 7.09.15

1. Larks' Tongues in Aspic (Part I), 2. Pictures of a City, 3. Radical Action (To Unseat the Hold of Monkey Mind), 4. Meltdown, 5. Hell Hounds of Krim, 6. The ConstruKction of Light, 7. Level Five, 8. Epitaph, 9. Banshee Legs Bell Hassle, 10. Easy Money, 11. Interlude, 12. The Letters, 13. Sailor's Tale, 14. One More Red Nightmare, 15. Starless

-----

16. Devil Dogs of Tessellation Row, 17. The Court of the Crimson King, 18. 21st Century Schizoid Man

Druga noc - 8.09.15

1. Larks' Tongues in Aspic (Part I), 2. VROOOM, 3. Radical Action (To Unseat the Hold of Monkey Mind), 4. Meltdown, 5. Hell Hounds of Krim, 6. The ConstruKction of Light, 7. Suitable Grounds for the Blues, 8. Banshee Legs Bell Hassle, 9. Easy Money, 10. Epitaph, 11. Interlude, 12. The Letters, 13. Sailor's Tale, 14. Devil Dogs Of Tessellation Row, 15. 21st Century Schizoid Man, 16. Starless

-----

17. The Talking Drum, 18. Larks' Tongues in Aspic (Part II), 19. The Court of the Crimson King

Autor: Jakub Oślak

Pokrewne wątki:

Zmarł Winicjusz Chróst

2020-03-28

W wieku 68 lat zmarł Winicjusz Chróst - znany realizator nagrań, kompozytor i gitarzysta grupy Breakout.

Czytaj więcej...

Emiter wydał nowy album

2020-03-28

To dziesiąta płyta emitera i spojrzenie na elektronikę z innej strony, tak jakby ta muzyka istniała wcześniej - setki, może tysiące lat.

Czytaj więcej...

Ania Rusowicz zaprasza "Do Lasu"

2020-03-28

„Do lasu” to drugi singiel Ani Rusowicz z wydanej w październiku ubiegłego roku płyty „Przebudzenie”.

Czytaj więcej...

Debiutancka płyta Magdy Ruty już w sprzedaży

2020-03-28

Wczoraj do sprzedaży trafił album "Nie wiem czy będę" Magdy Ruty.

Czytaj więcej...

"Ulubiona Piosenka" Michała Kowalonka

2020-03-27

Michał Kowalonek powraca z nowym teledyskiem do utworu „Ulubiona piosenka”. Utwór pochodzący z debiutanckiej płyty Artysty, zatytułowanej „O miłości w czasach powstania”, zostało nagrane z wokalistką polsko- ukraińskiego zespołu DAGADANA, Dagą Gregorowicz.

Czytaj więcej...

Album z remixami Noviki już w sklepach

2020-03-27

Dziś premiera zremixowanych utworów z albumu "Bez cukru", nominowanego do nagrody Fryderyk 2019 w kategorii Album Roku Elektronika.

Czytaj więcej...

Dwa nowe albumy od Nine Inch Nails

2020-03-27

Trent Reznor i Atticus Ross czyli twórcze jądro grupy Nine Inch Nails nagrali dwie instrumentalne płyty w ramach serii "Ghosts".

Czytaj więcej...

Moon Taxi z nowym singlem "Hometown Heroes"

2020-03-27

Moon Taxi to amerykański, indie-rockowy band, pochodzący z Nashville w stanie Tennessee. Zespół został założony w 2006 roku i tworzą go: Trevor Terndrup (wokal, gitara), Tommy Putnam (bas), Spencer Thomson (gitara), Tyler Ritter (perkusja) i Wes Bailey (instrumenty klawiszowe).

Czytaj więcej...

Ana Andrzejewska z singlem "Po Wietrze"

2020-03-26

Mistrzyni klimatu i subtelnej interpretacji szykuje się do fonograficznego debiutu, który zapowiada singel "Po Wietrze".

Czytaj więcej...

Muzyczna społeczność uruchamia inicjatywę "Love Record Stores"

2020-03-26

Dziś społeczność muzyczna rozpoczęła globalną inicjatywę wspierającą niezależne sklepy płytowe w czasie obecnego kryzysu związanego z koronawirusem (COVID-19).

Czytaj więcej...

Koniec treści

Brak więcej stron do załadowania