Newsy muzyczne

Wywiad: Lion Shepherd

Lion Shepherd – zespół grający muzykę wzbogacającą rock i metal o akustyczne brzmienia etniczne. Świeżo po wydaniu płyty i na moment przed początkiem międzynarodowej trasy koncertowej opowiedzieli nam o tym, co jest dla nich najważniejsze.

Natalia Zakolska: Zaraz ruszacie w międzynarodową trasę koncertową. Jak nastawienie?

Kamil Haider: Jesteśmy bardzo podekscytowani. Przez ferwor przygotowań bardzo trudno o wolną chwilę. Długo na to czekaliśmy, prawie dwa lata trwało, zanim wróciliśmy na scenę. Czujemy też ogromną presję oczekiwań, nie jesteśmy już debiutantami.

NZ: Skoro wracacie, co działo się w międzyczasie?

KH: Zmieniliśmy zespół, wiele rzeczy zaczęliśmy robić od nowa. Powstała zupełnie nowa koncepcja muzyczna. Poza tym dość długo trwała produkcja płyty, w nagraniach wzięło udział wielu muzyków. Czas między trasami koncertowymi jest tym okresem w życiu wielu zespołów, którego nie widać „gołym okiem”, a dużo się kreuje.

NZ: Płyta dość szybko zajęła wysokie, piąte miejsce na liście OLiS (Oficjalna Lista Sprzedaży). Czujecie z tego powodu większe zainteresowanie wokół Was, czujecie się gwiazdami?

KH: Bardzo nas to cieszy, natomiast bardziej niż gwiazdami, czujemy presję, żeby utrzymać się na liście. Trzykrotnie będziemy grać w Polsce, zakładam, że ludzie, którzy kupili płytę, przyjdą na te koncerty, by zobaczyć nas na żywo.

NZ: Jak nawiązała się Wasza współpraca z Rasm Al - Mashan i Jahiar Azim Irani?

Mateusz Owczarek: Kamil miał Rasm dość długo „na celowniku”. Jak to się w sumie stało?

KH: Tak naprawdę o jej istnieniu dowiedziałem się dziesięć lat temu, jak jeszcze grała w zespole reggae „Kultura de Natura”. Przez ten czas wiele razy próbowaliśmy się skontaktować, żeby coś wspólnie zrobić, to się nigdy nie udawało. Albo ona miała jakieś zawirowania, albo ja byłem w zupełnie innym miejscu… W końcu się udało!

MO: Bardzo się zaprzyjaźniliśmy.

KH: Cały czas się odwiedzamy, ona też często jest w Warszawie. Jesteśmy w stałym kontakcie i mamy nadzieję, że wystąpi z nami w Polsce na tych trzech koncertach. Pojechałem do Krakowa, Rasm mieszka w położonej nieopodal Lipnicy Wielkiej, spotkaliśmy się w pół drogi. Już pierwsza kawa przesądziła o tym, że będziemy przyjaciółmi na długie lata! Natomiast Jahiar Irani, czyli nasz „perski łącznik”, który do Lublina trafił z Teheranu, mieszka tu od lat. Znany jest przede wszystkim ze współpracy z Kayah. Zobaczyliśmy go pierwszy raz na jej koncercie, spodobało nam się to, co robił na scenie.

MO: I ściągnęliśmy go myślami! Wpadliśmy na siebie przez przypadek…

KH: Pokazaliśmy mu nasze piosenki, miał zagrać w jednym utworze, a nagrał z nami połowę płyty. Nawet zaśpiewał! Mało kto wie, że przez parę lat był muezinem, nawoływał w minarecie do modlitwy, przez co ma fajny, „mueziński” zaśpiew. 

NZ: To bardzo różni od siebie artyści, jeszcze inni jesteście Wy. Nie mieliście problemów, aby znaleźć muzyczny złoty środek, który wpasuje się w Waszą stylistykę?

MO: Osią główną naszej stylistyki jest cały czas muzyka rockowa: gitara elektryczna i bębny. Cała reszta to otoczka. Najistotniejszą kwestią w tym wszystkim było to, że piosenki podobały się zaproszonym gościom. Nie wiem, czy określenie „inspirujące” mówiłoby za dużo lub za mało, ciężko mi to ocenić. Na pewno było widać z ich strony zaangażowanie, chcieli dać z siebie coś więcej.

KH: My też wiedzieliśmy, czego chcemy. Rock to jedno, ale pisaliśmy je z myślą, aby krzyżowały się z „world music”. Nie polegało to na dodaniu perkusjonaliów w ostatni dzień sesji nagraniowej, tylko w większości ich powstawanie zaczynało się od komponowania na tego typu instrumentarium przez nas dwóch. Wiedzieliśmy, czego szukamy. Te kompozycje są na tyle otwarte stylistycznie, co jest ich siłą, że goście byli w stanie się w nich odnaleźć, poruszać się w swoich skalach, tembrze i stylistyce. Z jednej strony daliśmy im dużo wolności, ale z drugiej jasno określiliśmy swoje oczekiwania. Nie byli ograniczeni twórczo, był to dość fajny kompromis.

NZ: Czy „Hiraeth” - tytuł Waszej płyty znaczy coś konkretnego?

KH: „Hiraeth” pochodzi z języka walijskiego, nie ma bezpośredniego tłumaczenia na język angielski. Ten tytuł wyznaczył mi ścieżkę pisania tekstów, dlatego że można przetłumaczyć to jako tęsknotę za czymś, co minęło, nostalgię. Płyta jest głównie o człowieku jako wolnej jednostce w zunifikowanym świecie. To jest często osobista płyta, w której głównym tematem jest przemijanie. Tytuł świetnie się koreluje z płytą, był drogowskazem.

NZ: Jesteście młodym zespołem, chyba jeszcze nie przemijacie?

KH: I młody, i stary… Można mieć 20, jak i 60 lat, by pokusić się o podsumowanie etapu, w którym człowiek się znajduje. Dopiero zaczynamy jako Lion Shepherd.

MO: Miejmy nadzieję, że do przemijania jeszcze trochę nam brakuje (śmiech). 

NZ: Jak powstał zespół?

MO: Osią zespołu jestem ja i Kamil, który zaprosił mnie do współpracy w swoim zespole Maqama jakieś dwa lata temu, czy nawet więcej…

KH: Cztery!

MO: Cztery? Ale ten czas szybko leci (śmiech)! Lion Shepherd jest tak naprawdę drugą odsłoną tego, co chcieliśmy tak naprawdę robić z muzyką. Jest to zespół, który urodził się z Maqamy, zostaliśmy we dwóch. Teraz dołączył do nas na trasę bębniarz Piotrek Podgórski, który również grał w Maqamie, a cała reszta to nowy twór.

KH: I ten twór będzie się rozwijał. Założenie, że jesteśmy we dwóch, jest nieprzypadkowe. Chcemy pracować z różnymi muzykami w różnych formułach i układach. W przyszłym roku planujemy zrobić orientalny big-band, nad którym będziemy pracować po powrocie z trasy. Będzie 7-8 osób i więcej akustycznej, tradycyjnej muzyki. Pomysłów jest wiele.

NZ: Jakie jeszcze są to pomysły?

KH: Po powrocie z trasy koncertowej zabieramy się za kolejną płytę. Mamy pęd twórczy i chcemy to wykorzystać. Chcemy zagrać też jak najwięcej koncertów cały czas promując „Hiraeth”. Mamy też zamiar zrobić nasze alter ego, czyli „Lion Shepherd Orient Ensemble”. To będzie prawie dziesięcioosobowy skład muzyków poruszających się w klimatach etno i te utwory chcemy zagrać w teatralnej odsłonie bez prądu na tradycyjnym instrumentarium w zupełnie innych aranżacjach. Już nawet zaczęliśmy to organizować!

NZ: Zespoły nawet jeśli zmieniają charakter swojej muzyki, zostają przy jednej nazwie. Wy z Maqamy zrobiliście Lion Shepherd. Nie baliście się, że to, co wypracowaliście dotychczas, pójdzie na marne?

KH: Baliśmy się!

MO: Dużo dyskutowaliśmy na ten temat, przyjaciele nam to odradzali. Myślę, że dobrze wybraliśmy, to nie jest ten sam zespół. To nowa myśl muzyczna, organizacyjna, nowa jakość w każdej płaszczyźnie.

KH: W zespole Maqama coś się po prostu skończyło, wypaliło się tak, jak w związku. Nigdy nie byłem zwolennikiem zasady, że jest jeden członek w zespole, który przewija się przez wszystkie płyty, a cała reszta się zmienia, a nazwa zostaje ta sama. Nie o to w tym chodzi! Zespoły, które kocham grają w tym samym składzie praktycznie od zawsze, identyfikuję się z tym. Zmiana nazwy jest uczciwa, bo tak naprawdę zrobiliśmy nowy zespół, który ma mało wspólnych cech z Maqamą, także muzycznie. Gramy bardziej akustycznie, instrumentarium jest bardzo bogate. Tak naprawdę Maqama była na końcu drogi, czymś, co przestało mi wystarczać. Poza tym tamten zespół skończył się również przez różnicę zdań na płaszczyźnie muzycznej. Dowodem na to, że Piotrek (pekusista z Maqamy) dołączył do składu na żywo w Lion Shepherd, prywatne animozje nie miały miejsca.

MO: Po prostu wypaliła się koncepcja.

NZ: Czy wraz z muzyką zmieniacie się Wy sami?

KH: Myślę, że nasza muzyka zmienia się z nami.

MO: Bo bardziej muzyka z nas wychodzi, niż my z muzyki, takie ciągłe przemijanie (śmiech).

NZ: Jakie są Wasze dalsze plany?

KH: Poza wspomnianym projektem, pracujemy z naszym agentem, który jest Holendrem nad kolejnymi trasami koncertowymi. Chcemy też zagrać jakąś porządną trasę w Polsce, bo na razie zapotrzebowanie na nas jest raczej za granicą. Z oczywistych względów i tam nasze kroki będą się kierować. Chodzi nam też o to, by zdobyć Europę i jechać dalej… Mimo to na naszym podwórku też byśmy chcieli zagrać kilka fajnych koncertów, zatem przyszły rok to jest dla nas granie na żywo, granie na żywo i jeszcze raz granie na żywo…

NZ: Priorytetem jest dla Was kariera w Polsce czy za granicą?

KH: I tu, i tu.

MO: Tak naprawdę jedno z drugim idzie w parze.

KH: Przede wszystkim trzeba mieć solidną podstawę. Nie będę ukrywać, że zawsze interesowała mnie kariera poza Polską. Każdy, kto mówi inaczej, tak naprawdę kłamie. Chyba wszyscy mają ambicję, żeby usłyszało ich jak najwięcej ludzi. Cieszy mnie, że mogę pojechać w świat, grać tam dla ludzi różnych kultur, ras, wyznań, narodowości, a potem wrócić, też tutaj grać i cieszyć się, że wracamy z Zachodu z tarczą, a nie na tarczy. W pewnym sensie czujemy się kadrowiczami, ponieważ reprezentujemy Polskę. Mamy na sobie brzemię odpowiedzialności!

NZ: Cieszycie się na wspólne koncerty z Riverside?

MO: Oczywiście! Bardzo się z nimi zakolegowaliśmy. Zamiast tremy jest raczej ekscytacja po miesiącach oczekiwań „kiedy wreszcie przyjdzie ta trasa”.

KH: Bardzo na to czekamy. Już telefony zaczynają dzwonić, zaraz się spotkamy. Już jedna wspólna trasa za nami, 26 dni spędziliśmy wspólnie w autobusie, ekipa jest cały czas ta sama. Można powiedzieć, że się przyjaźnimy. Chociaż od ostatniego spotkania muzycznego minęły dwa lata, utrzymujemy stały kontakt, towarzysko regularnie się spotykamy! Tak naprawdę to jest takie spotkanie kumpli. Niektórym urodziły się pierwsze dzieci, innym kolejne… Jest dużo do opowiadania! To będą dwa duże wydarzenia obok siebie: koncerty to jedno, a drugie – wspólne towarzystwo.

MO: Jest to też dla nas duża nobilitacja, Riverside to według mnie najlepszy polski towar eksportowy, nasz symbol na prawie wszystkich kontynentach. Właśnie wrócili z Ameryki Południowej i Północnej! Tym samym bardzo wysoko zawieszona jest poprzeczka, musimy pokazać klasę. Myślę, że ufają nam na tyle, że wiedzą, że ją pokażemy…

KH: Generalnie publiczność Riverside jest bardzo otwarta. Nie boimy się tego, że możemy nie dać rady. Ja raczej czuję presję tego, że chcę być dwa razy lepszy, niż wszyscy się spodziewają.

NZ: A czy Wy macie jakieś specjalne oczekiwania względem miejsc, gdzie będziecie grać?

KH: Mamy fizyczną dystrybucję naszej płyty na Zachodzie. Wyjdzie z miesięcznym poślizgiem względem Polski, ale ukaże się w Niemczech, Austrii, Wielkiej Brytanii, prawdopodobnie też we Francji i w Hiszpanii. To nie jest już przygoda, podczas której bierzemy parę płyt ze sobą i ruszamy, tylko konkretna promocja marki jaką jest Lion Shepherd. Jest to dla mnie ciężka praca do wykonania, dlatego że musimy tam coś po sobie zostawić.

NZ: Gdybyście mieli użyć trzech przymiotników do opisania Waszej muzyki, płyty, jakie by to były?

MO: Tylko trzech?

NZ: Nie może być zbyt łatwo!

MO: Organiczna, plemienna (jest niedaleko organicznego, ale rozróżnienie wydaje się być dość istotne) i może…poetycka.

KH: Ja myślę, że na pewno orientalna, progresywna i rockowa.

MO: W końcu przemycimy trochę rocka (śmiech)!

NZ: Przyznam, że Wasza płyta podczas słuchania budziła we mnie indyjskie skojarzenia…

MO: Jest trochę hinduskich instrumentów, także jest to jak najbardziej uzasadnione.

NZ: Gdyby zdarzyło się, że zadzwoniłby producent filmów Bollywood, że chciałby wykorzystać Waszą piosenkę jako ścieżkę dźwiękową w najnowszej produkcji, zgodzilibyście się?

KH: Z dziką przyjemnością! Bardzo podoba mi się rozmach filmów Bollywood, a tak naprawdę słyszę coraz więcej głosów ludzi z branży i spoza niej, że te utwory by się świetnie nadawały do ścieżek dźwiękowych. Nie ukrywam, że mamy ambicję zrobić kiedyś muzykę do obrazu: filmu, gry komputerowej…

NZ: Jest jakiś konkretny gatunek, w którym czujecie, że mogłoby się to sprawdzić?

KH: Na pewno nie będą to komedie romantyczne (śmiech)! Wszystko inne – jak najbardziej. Zresztą przy naszym pierwszym teledysku do utworu „Lights Out” pracowaliśmy z reżyserem i operatorem, którzy są filmowcami, a nie tylko producentami teledysków. Już wtedy pojawił się zamysł, aby naszą piosenkę traktować jako ścieżkę dźwiękową, a nie typowy promujący zespół teledysk do piosenki. Romanse z filmem już rozpoczęliśmy i chcemy to kontynuować. Także na Bollywood jesteśmy otwarci!

MO: Zapraszajcie, dzwońcie (śmiech)!

NZ: Matteo, nie jesteś Polakiem. Skąd pochodzisz?

Matteo Bassoli: Z Modeny, jestem Włochem.

NZ: Jak się poznaliście?

MB: To długa historia. Przeprowadziłem się do Gdyni dwa lata temu, grałem w zespole Blindead i kilku innych kapelach. Spotkaliśmy się pierwszy raz na otwarciu Libation w Sopocie. Jest to klub naszego wspólnego znajomego – Nergala. Gdy z zespołu odszedł basista, postanowiłem spróbować swoich sił. Przyjechałem do Warszawy, zagraliśmy próbę i tak się znalazłem w Lion Shepherd.

NZ: Jak Ci się pracuje z kolegami?

MB: Od samego początku bardzo mi się podoba! Zaraz ruszamy w trasę, jest to bardzo fajne doświadczenie. Cały czas szukamy nowej muzyki, którą moglibyśmy grać. I nawet nam to wychodzi! Gramy razem od dwóch miesięcy, ciekawe czy oni mnie lubią, czy nienawidzą (śmiech)…

MO: Obserwujemy cię (śmiech)!

NZ: Podoba Ci się w Polsce?

MB: Tak, to powód, dla którego wciąż tu jestem (śmiech)! Jest nawet więcej powodów. Naprawdę lubię Polskę!

NZ: Na zakończenie chciałabym Wam zadać pytanie najbardziej lubiane przez dziennikarzy, jak i artystów: skąd pomysł na nazwę zespołu?

KH: Na razie trzymamy to w tajemnicy!

NZ: Dlaczego?

KH: To bardzo wieloznaczne, rozwija się historia na ten temat. Jest ona częścią naszego projektu. Może gdy już odsłonimy wszystkie karty związane z „Hiraeth”, ten wątek zostanie wyjaśniony. Lubimy wszelkiego rodzaju zagadki. Na płycie i w innych naszych działaniach jest wiele rzeczy niepołączonych ze sobą, które ułożą się w całość na końcu. Nie chcę na razie wszystkiego zdradzać, pozwolę sobie jeszcze tym pobawić.

NZ: Czyli następna płyta też będzie owiana jakąś zagadką?

KH: Myślę, że tak, chociaż nie wiem, kiedy to się rozwikła. Może nawet za dziesięć lat?

MO: Miejmy nadzieję, że będzie to tak przyciągać jak dobry serial!

KH: A nazwę trzeba przetłumaczyć jako „pasterz lwów” i polecamy zapoznać się z bajką Ezopa pt. „Lew i pasterz”. 

NZ: A czy Wy się czujecie muzycznymi pasterzami?

KH: Być pasterzem to jest wyzwanie i w ten sposób podchodzimy do tego, co robimy. Cały czas chcemy kontestować to, co się wokół nas dzieje, podważać reguły, nie trzymać się zasad, profanować. To jest atmosfera twórcza! Na naszej płycie złamaliśmy chyba wszystkie reguły, zrobiliśmy wszystko „czego nie powinno się robić”. Myślę, że stąd spotykamy się z pozytywnymi recenzjami, „Hiraeth”.

NZ: Buntownicza natura?

KH: Tak, nie da się tego pozbyć. Każdy artysta powinien trochę jej mieć. Zostaje się artystą po to, żeby wyrażać siebie, robić coś, co odbiega od standardów społeczeństwa.

NZ: Czego Wam życzyć?

KH: Głodu muzycznego, żeby dalej robić coraz lepsze płyty! Reszta przyjdzie sama…

NZ: I tego Wam życzę! Dziękuję za rozmowę!

KH: Zapraszamy na koncerty i zachęcamy do śledzenia naszych poczynań w 2016 roku, bo będzie się dużo działo. Pracujemy nad wieloma projektami związanymi z „Hiraeth”, które wówczas ujrzą światło dzienne.

Autor: Natalia Zakolska

Pokrewne wątki:

Pierwsze gwiazdy Warsaw Summer Jazz Days 2019

2019-02-23

Poznaliśmy pierwszych trzech wykonawców, którzy wystąpią podczas tegorocznej edycji warszawskiego festiwalu jazzowego.

Czytaj więcej...

Nowy album Robina Trowera

2019-02-23

22 marca ukaże się nowy album Robina Trowera, który będzie nosił tytuł "Coming Closer To The Day".

Czytaj więcej...

Michał Szczerbiec "Nie Jest Tylko Cieniem"

2019-02-23

Aktor, wokalista i gitarzysta Michał Szczerbiec zaprezentował pierwszą zapowiedź drugiej płyty studyjnej.

Czytaj więcej...

Combichrist wróci do Polski na dwa koncerty

2019-02-22

Norwesko-amerykańska grupa electro-metalowo-industrialna Combichrist zagra w lipcu w Poznaniu i Warszawie.

Czytaj więcej...

Nowe wcielenie koncertowe DAS MOON

2019-02-22

Czołowy polski przedstawiciel sceny electro/new wave DAS MOON zaprasza na RMX Tour.

Czytaj więcej...

Były perkusista The Cure choruje na raka

2019-02-22

Andy Anderson, który był perkusistą The Cure w latach 1983-1984, poinformował, że cierpi na nieuleczalną chorobę nowotworową.

Czytaj więcej...

Farben Lehre prezentuje "Ali Babę" i rusza na Punky Reggae Live

2019-02-22

Wczoraj odbyła się oficjalna premiera nowego, niezwykłego klipu płockiej grupy Farben Lehre. Już dziś start tegorocznej edycji trasy Punky Reggae Live.

Czytaj więcej...

Clock Machine zapowiada trzecią płytę

2019-02-21

Clock Machine wraca z trzecim albumem zatytułowanym "Prognozy", który będzie miał premierę 15 marca.

Czytaj więcej...

ØRGANEK prezentuje nową piosenkę

2019-02-21

Premierowa kompozycja "Niemiłość" zapowiada reedycję albumu "Czarna Madonna" zespołu ØRGANEK.

Czytaj więcej...

Nowy utwór filmowy od Laibach

2019-02-21

Dziś grupa Laibach wyruszyła w trasę po Europie. Z tej okazji zespół zaprezentował nową kompozycję.

Czytaj więcej...

Koniec treści

Brak więcej stron do załadowania