Recenzje

2014-06-04
Anathema - "Distant Satellites"
Anathema powraca z nowym albumem studyjnym.
Wykonawca: Anathema
Wytwórnia: K-Scope / Rockserwis
Rok wydania: 2014

Wydawało się, że po dwóch znakomitych płytach jakimi są „"We're Here Because We're Here" i „Weather Systems” Anathema wróciła na twórczy szlak, po którym porusza się najsprawniej, dając słuchaczom najwięcej wzruszeń, emocji i magii, zaklętej w niezwykłych dźwiękach. „Distant Satellites” trochę te wrażenie studzi.

Wieść niesie, że to w dużej mierze wina Vincenta Cavanagha, który kupił sobie automat perkusyjny wraz z nowym syntezatorem i postanowił wykorzystać oba przy tworzeniu nowego materiału. Efekty tych poczynań słychać już w otwierającej płytę pierwszej części „The Lost Song”, w której poza pięknymi partiami orkiestrowymi (zaaranżowanymi na całym albumie przez Dave’a Stewarta – przy MM.) dominuje szybki bit perkusyjny, na tle którego rozgrywa się cały utwór. Patent zaczerpnięty z poprzedniego albumu tym razem nie sprawdził się, bo o ile w przypadku dyptyku „Untouchable” jedna kompozycja wypływa z drugiej, tak tutaj mamy do czynienia z nie za bardzo przystającymi do siebie utworami. Owszem, uroczy wokal Lee Douglas na tle brzmienia orkiestry, ledwie słyszalnych gitar i tym razem już żywej perkusji wzrusza, to jednak nie ma takiego ładunku emocji, jak w przypadku „pierwowzoru”. Pierwszą perełką na „Distant Satellites” jest przepiękny „Ariel”. Obok fortepianu dominującego w pierwszej połowie utworu, głosu Lee, (a później także i Vincenta), wspaniale wypada orkiestra w tle, budując przejmujący muzyczny pejzaż. Trzecia część „The Lost Song” jest niestety przesadna i patetyczna. Naprawdę trudno tutaj ulec dramatyzmowi głosu młodszego z braci Cavanagh. Zaś jednym z mocniejszych momentów na płycie jest autobiograficzna „Anathema”. Oparta na prostej partii fortepianu rozwija się w potężne i monumentalne dzieło, wzbogacone – a jakże – orkiestrą i świetną solówką gitarową Danny’ego Cavanagha. Nieco dziwnym tworem jest „You’re Not Alone”, brzmiący jak zmutowany drum'n'bass, choć nie powinno to tak do końca dziwić, skoro za jego miks odpowiada Steven Wilson. „Firelight” pozostaje organowym wstępem do utworu tytułowego, który przypomina nieco dokonania... Radiohead. Najdłuższy, bo ponad ośmiominutowy, pozostaje jej punktem kulminacyjnym, będąc jednocześnie najbardziej udanym eksperymentem z brzmieniami elektronicznymi na płycie. Wieńczący całość dość minimalistyczny „Take Shelter” z onirycznymi wokalami Vincenta to idealne zakończenie albumu.

„Distant Satellites” ukazuje śmiałe podejście Anathemy do eksperymentowania z różnymi dźwiękami. O ile brzmienia orkiestry wspaniale wpisują się w ich twórczość, o tyle automaty perkusyjne oraz inne elektroniczne historie nieco zrażają. Pozostaje ciekawość, jak nowy materiał wypadnie na żywo, o czym będzie można się przekonać chociażby na tegorocznym festiwalu w Jarocinie.

Autor: Maciej Majewski