Recenzje

2016-05-17
Tides From Nebula - "Safehaven"
"Tides From Nebula nie są ekipą przesadnie poszukującą; oni już znaleźli – własne kolektywne ja, przepis na brzmienie w chaosie schematów" - możemy przeczytać w recenzji nowej płyty Tides From Nebula autorstwa Jakuba Oślaka.
Wykonawca: Tides From Nebula
Wytwórnia: Mystic
Rok wydania: 2016

Siedem lat temu miałem przyjemność recenzować ich debiutancki album. Brzmiał wówczas jak powiew świeżości w goniącym własny ogon (celem pożarcia) post-rocku. Od tamtej pory w półświatku tego gatunku niewiele zmieniło się na lepsze; warto zatem zapytać, co dalej z Tides From Nebula? Czy osiągnęli już to, co zamierzali? Jak brzmią dziś, po czterech longplayach i trasach koncertowych, które zabrały ich do krain obcych gwiazdom polskiej muzyki rozrywkowej.

Mówiąc krótko, nadal są sobą i trzymają się zasad, jakie ustalili sobie na początku drogi: czterech milczących pejzażystów rocka w wyprawie do miejsc znanych jedynie metafizykom i impresjonistom. Ich muzyka to dynamiczny krajobraz Atlantydy i Babilonu, przetłumaczony na język współczesności w pokłonie przed gmachem The Shard. To soundtrack do filmu drogi, w którym głównym bohaterem jest osoba słuchacza. To przebłysk cudu w mechanicznej codzienności, uchwycony we śnie na jawie.

Tides From Nebula nie są ekipą przesadnie poszukującą; oni już znaleźli – własne kolektywne ja, przepis na brzmienie w chaosie schematów. Nic tu nie stoi w miejscu, poza słuchaczem, wokół którego przetaczają się pędzące pasma dźwięków. Jest to brzmienie dynamiczne, a jednocześnie plastyczne; bardzo łatwo jest puścić sobie w głowie do niego własny nieistniejący wideoklip. Być może dlatego tak szybko zjednali sobie serca publiczności, głodnej emocji, piękna i dramatyzmu.

To wszystko można poczytać zarówno za sukces zespołu, jak i powód do zarzutu. Słuchając ich czterech płyt obok siebie łatwo jest odnieść wrażenie, że niewiele wydarzyło się przez te 7 lat. To dalszy ciąg tej samej historii, która fascynuje, ale nie wprowadza nowych wątków, ani nie uśmierca bohaterów. Niczym w filmie Kurosawy – jest magicznie, ale Tokio nadal stoi na swoim miejscu. Tak jak Sergei Bubka – podwyższają poprzeczkę, ale o centrymetry; a w międzyczasie bawią się na całego. 

Autor: Jakub Oślak