Recenzje

2016-06-20
Garbage - "Strange Little Birds"
Grupa Garbage powróciła po kilkuletniej przerwie z nową płytą. Oto nasza recenzja tego wydawnictwa.
Wykonawca: Garbage
Wytwórnia: Stunvolume
Rok wydania: 2016

Wieść o nowym krążku zespołu Garbage przywitałem dużym entuzjazmem i tym, co zawsze czynię instynktownie w takich sytuacjach: odkurzeniem klasyków przed sięgnięciem po nowość. Pierwsze dwie płyty zespołu, upchane przebojami, nadal brzmią doskonale, nawet jeśli ich świeżość minęła gdzieś w okolicy nastania nowego milenium. Czuć w nich ducha dekady w jakiej powstały – wielobarwnych i wielowymiarowych lat 90., wymarzonego czasu dla dorastania wśród muzyki. Ich współczesne brzmienie jednoznacznie wskazuje na dalsze poszukiwania swojego muzycznego terytorium, bez ostentacyjnego odżegnywania się od przeszłości. Słuchając ich nowego wydawnictwa „Strange Little Birds” odnoszę wrażenie, że zespół dorósł wraz ze mną, wybornie się przy tym bawiąc.

We wszelakich recenzjach nowego krążka przewijają się jak mantra dwa epitety: mroczny i filmowy. Uważam, że to tylko część większej prawdy. Muzyka jest jakby wolniejsza, inercyjna, bardziej trip-hopowa, z większą ilością elektronicznych cieni i kombinowanych ozdobników. Swego czasu Garbage udało się w idealny sposób wymieszać pop z rockiem i elektroniką; na nowej płycie doszła to tego wyjątkowa atmosfera, kontemplacja i koncepcja. Shirley Manson nadal wciela się przed mikrofonem w rolę meta-kobiety, przemawiającej głosem milionów wściekłych, zagubionych, częstokroć wzgardzonych. Szokujący jest przekaz pierwszego utworu „Sometimes” – umiem działać tylko gdy jestem bita. Jakże wymowne słowa, szczególnie w kontraście do jej samej z czasu „Stupid Girl”.

A to tylko otwarcie tego jakże mocnego, witalnego i niezwykłego albumu. Podziwiam kolektywność z jaką działa Garbage, od początku komponowania płyty do finalnych muśnięć w studiu. Nadal potrafią trafić przebojem w samo sedno – np „Blackout” to stary dobry Garbage jaki znamy i kochamy. Kiedyś jednakże Shirley Manson stała w jupiterach Glastonbury w makijażu rozmazanym z potem i srebrnym pyłem. Dziś jej scena to duszny, mały pokoik schowany gdzieś w najdalszych zakamarkach skołatanego ego. „Strange Little Birds” to płyta narracyjna, bez stadnego skakania w tłumie, lecz do słuchania i przeżywania w pasjonackiej wspólnocie. To niezależna muzyka, bez karmy dla radia i mediów, skierowana do fanów. Pomimo ohydnej okładki – rockowy piedestał tego roku. 

Autor: Jakub Oślak