Recenzje

2017-05-30
Linkin Park - "One More Light"
Nieco ponad 2 tygodnie pozostały do kolejnego występu grupy Linkin Park w Polsce. Tymczasem nasz recenzent Marcin Knapik zapoznał się nowym wydawnictwem tego zespołu.
Wykonawca: Linkin Park
Wytwórnia: Warner Music Polska
Rok wydania: 2017

Dawno, dawno temu... Przesadziłem. Nie tak dawno temu… W każdym razie jest taki zespół jak Coldplay. Trudno to sobie niektórym wyobrazić, ale kiedyś grali rocka. Nie było to może ostre łojenie, tak czy siak szeroko rozumiany rock. Członkowie zespołu zauważyli, jakie trendy zaczynają panować. Zapytali się samych siebie: „Hej, to może teraz grajmy popową muzykę, taką dla wszystkich?”. I zrobili tak. Najpierw „Mylo Xyloto”, potem częściowy odwrót w postaci „Ghost Stories”. Przyklepaniem nowego kierunku stał się „A Head Full of Dreams”. Albo „A Head Full of Shits”? Nie pamiętam dokładnie. Efekt okazał się piorunujący. 5 milionów sprzedanych egzemplarzy. Jak na obecne wyniki sprzedaży płyt – znakomite osiągnięcie. To się nazywa wyczucie kierunku.

Ten sukces musiał sprawić niemały ferment wśród zespołów rockowych. Co robić – grać dalej rocka (szeroko rozumianego) czy pójść w komercję? I tak pewnego dnia spotkali się członkowie Linkin Park i powiedzieli sobie: „Nagrajmy płytę będącą takim chłamem, że nie da się go słuchać”. Chyba tylko tak można wyjaśnić powstanie „One More Light”, przy którym ostatni album Coldplay brzmi jak arcydzieło. A na pewno da się z niego wyciągnąć o wiele więcej dobrego. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę.

W tym momencie brzmię jak stary rockistowski dziadek. Absolutnie nie odmawiam zespołom prawa do ewolucji brzmienia. Prawda jest jednak taka, że ta płyta jest cieniutka. Linkin Park zapomniał o pewnej rzeczy. Grać dobrą muzykę popową też trzeba umieć. Pytanie, co to znaczy „dobra popowa muzyka”? Moim zdaniem – wyróżniająca się wśród innych. Mająca coś charakterystycznego, dzięki czemu można odróżnić ją od zlewających się w jedno utworów granych w komercyjnych stacjach radiowych. Tutaj mamy do czynienia z dziełem bezpłciowym i nijakim. Panowie z zespołu musieli być w naprawdę dobrym humorze podczas nagrywania płyty, bo jedną z kompozycji zatytułowali „Heavy”. Nieźli jajcarze, prawda?

 

Nie ma sensu pisać o pojedynczych utworach,  które są w zasadzie tak samo słabe i dodatkowo zżynają dźwięki lub całe fragmenty z innych kompozycji (np. „Sharp Edges” to właściwie nieco zmienione „Stolen Dance” Milky Chance). Zalety albumu? Trwa  tylko 35 minut. Choć i tak przebrnięcie przez nie jest bardzo trudne. Dobre momenty? Są. Dosłownie momenty. Kilkunastosekundowe fragmenty „Invisible” i „Talking To Myself” (dzięki drugiej z tych piosenek dowiadujemy się, że nie wyrzucono z zespołu gitarzysty). Mimo tych mgnień utworom blisko do brzmienia One Direction czy Justina Biebera. Świat stoi na głowie. Linkin Park zbyt dosłownie traktują hasło „music for the masses”, a w tym samym czasie Harry Styles – członek One Direction wprawia w zaskoczenie kompozycją „Sign of the Times”. Czy coś takiego byłoby do pomyślenia pięć lat temu? To już temat na oddzielny tekst. Wracając do analizowanego albumu, udało się znaleźć jeden utwór, podczas którego nie zbiera mi się na torsje. Spokojny, tytułowy „One More Light”. Nie jest to może wybitne dzieło, ale i tak co najmniej jeden poziom wyżej od pozostałych piosenek.

Linkin Park testuje swoich fanów i ich wierność. Następna płyta będzie odpowiedzią, czy obrany kierunek zostanie utrzymany. Jeśli tak, to wybierając się na koncert zespołu trzeba będzie zacząć się rozglądać za ciuchami w kolorze różowym. Lider zespołu Chester Bennington powiedział w jednym z wywiadów o krytykujących „One More Light”: „Mówienie, że w ten sposób się sprzedaliśmy, to tylko wasza wymówka, żeby powiedzieć, że nie podoba wam się ta płyta. Jesteście pieprzonymi mięczakami.” Drogi panie Chesterze, dwie rady z dobrego serca. Pierwsza – zioła uspokajające (np. melisa czy coś w tym rodzaju) mogą pomóc na zszargane nerwy. Druga – może dobrym rozwiązaniem byłoby dołączenie do każdego egzemplarza albumu darmowego opakowania Aviomarinu? Myślę, że w zestawie dobrze by się komponowały.


Autor: Marcin Knapik