Recenzje

2017-06-07
Roger Waters - "Is This The Life We Really Want?"
Pierwszy album Rogera Watersa od 25 lat oceniony przez naszego współpracownika Marcina Knapika.
Wykonawca: Roger Waters
Wytwórnia: Sony Music Polska
Rok wydania: 2017

1992 rok. Bill Clinton został prezydentem USA. Jan Paweł II zrehabilitował Galileusza. W telewizji pojawiły się „Kawa czy herbata?” i „Koło fortuny”. 5 Oscarów otrzymał film „Milczenie owiec”. W Barcelonie odbyły się XXV Letnie Igrzyska Olimpijskie. Piłkarskim mistrzem Polski – Lech Poznań, a sensacyjnym mistrzem Europy – Dania. W Anglii powstała zawodowa liga piłkarska – Premier League. Michael Schumacher wygrał swój pierwszy wyścig w Formule 1, a mistrzem świata w lotach narciarskich został Noriaki Kasai. Urodzili się Neymar, Peter Prevc, Selena Gomez, Miley Cyrus. Autora tej recenzji nie było prawdopodobnie jeszcze w planach rodziców. 1 września tamtego roku ukazał się trzeci solowy album Rogera Watersa - „Amused To Death”.

Minęło 25 lat. Przez ten czas Pink Floyd (już bez Watersa) wydał dwie studyjne płyty - „The Division Bell” i „The Endless River” (cokolwiek sądzić o tej drugiej). 2 lipca 2005 w Londynie w ramach Live 8 stało się coś, o czym wielu marzyło. Floydzi znów w czwórkę na scenie. Ale był to tylko jeden raz. David Gilmour stworzył dwa solowe albumy - „On An Island” (2006 r.) i „Rattle That Lock” (2015 r.). Nick Mason spisał swoje wspomnienia związane z grupą, w której grał. Richard Wright pomagał Gilmourowi w trakcie nagrań „On An Island” i grał na jego trasie w 2006 roku. Zmarł dwa lata później. A Roger Waters? Napisał operę „Ça Ira”, której tworzenie zajęło 16 lat. Jeździł po świecie grając „The Dark Side of the Moon”, a potem - podczas wielkich widowisk - „The Wall”. A czekanie na płytę trwało i trwało. W ostatnich miesiącach zaczęło się pojawiać coraz więcej informacji. M.in. o tym, że producentem albumu jest Nigel Godrich, od wielu lat pracujący z Radiohead. 2 czerwca 2017 roku czas oczekiwania dobiegł końca.

Chyba powinienem wspomnieć o jednej rzeczy. Tak, jestem fanem Pink Floyd. Nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Uważam „Wish You Were Here” za najlepszą płytę wszechczasów. Dla „The Dark Side of The Moon” też znajdzie się miejsce w pierwszej trójce, czwórce. A jeszcze „Animals”, „The Wall”, „The Division Bell”, „Meddle”… Ta premiera podsyci dyskusję – kto jest  lepszy: Gilmour czy Waters? Osobiście wolę tego pierwszego. Roger Waters nie jest człowiekiem, którego zaprosiłbym na kawę. Mocny w gębie, sprawiający wrażenie nieprzyjaznego. A zamiast tworzyć coś nowego, w ostatnich latach odgrzewał stare kotlety, grając „The Wall” po raz enty, narzekał na świat i wstrętnych polityków. Mimo tego, im mniej czasu zostawało do 2 czerwca, tym bardziej poziom podekscytowania rósł. Bo co by nie mówić, największe dzieła Pink Floyd nie powstałyby bez Watersa. To jego teksty były jednym z fundamentów sukcesu zespołu.

Gdy pojawił się zapowiadający płytę utwór „Smell The Roses”, byłem pozytywnie zaskoczony. Spodziewałem się smętu polanego orkiestrowym brzmieniem, a tutaj co innego, choć dźwięki jakby znajome. Następne ujawniane kompozycje trochę weryfikowały nadzieje. Przechodząc już do całego albumu: zaczyna go introdukcja - „When We Were Young” - coraz głośniejsze głosy i tykanie zegara. Prawie jak początek „The Dark Side of the Moon”. Przechodzą one w „Deja Vu”, czyli połączenie „Pigs of the Wing” i “Mother” z płytą „The Final Cut”. „The Last Refugee” nie kojarzy się już aż tak bezpośrednio, choć mimo wszystko floydowski klimat pozostaje. M.in. dzięki głosom z radia na początku. Choć początek przypomina „Five Years” Davida Bowiego. Smutek, melancholia podbite syntezatorowymi wstawkami. Gdy opublikowano ten utwór przed premierą płyty, nie oddziaływał na mnie aż tak bardzo. Ale po przesłuchaniu albumu jest jednym z moich faworytów, tak jak następna, jakże inna, kompozycja - „Picture That”. Żywość, intensywność, agresywność, pulsacyjność, które są efektem elektroniki. I kolejne szufladki otwierające się w głowie. „Welcome To The Machine” plus „One of These Days” plus „Sheep”. Znów zmieniamy klimat. Smutne, poważne „Broken Bones” zalatujące brzmieniem „The Final Cut”. „Is This The Life We Really Want?” - utwór niepokojący, narastający aż do alarmu zaczynającego kolejny utwór i przypominającego „Welcome To The Machine”. „Bird in a Gale” to żywe, przestrzenne nagranie z główną rolą syntezatorów i echami głosu Watersa, które też brzmią dziwnie znajomo. O początku „The Most Beautiful Girl” mogę napisać to samo, co przy “The Last Refugee” (znów „Five Years”). Powolna ballada z wiodącą rola fortepianu. Wspomniany już wcześniej „Smell The Roses” jest krzyżówką „Have a Cigar” z płytą „Animals”. Płytę kończy tryptyk „Wait for Her”/”Oceans Apart”/”Part of Me Died”. Wracamy do brzmień z początku płyty, z „Deja Vu”. Choć jakby mniej pompatycznie, bardziej nastrojowo, przejmująco. Klamra kompozycyjna. Tym bardziej, że jeśli się wsłuchamy, po ostatnim utworze pojawiają się takie same odgłosy, jak na początku. Czy nie tak samo było na „The Wall”?

Sporo tych nawiązań do Floydów. W zasadzie brakuje tylko gitary Davida Gilmoura i moglibyśmy podpisać tę płytę jako Pink Floyd. „Is This The Life We Really Want?” to mieszanka brzmień z „Animals”, „The Final Cut”, „Wish You Were Here” i „The Wall” przyprawiona szczyptą „The Dark Side of the Moon” i „Meddle”. Wrażenie to wzmacniają patenty, które znamy od lat: tykający zegar, głosy z radia, krzyki. Nawet w tekście „Picture That” jest fragment: „Follow Miss Universe catching some rays/Wish You Were Here in Guantanamo Bay”. To bardzo pinkfloydowe dzieło. W stylu Watersa. I w sumie niezbyt wesołe. Więcej tu powolnych utworów. Wpływ na to ma pewnie też głos Rogera. Nie pozwala on już na szaleństwa, choć nie jest aż tak bardzo tragicznie, jak piszą niektórzy. Ci, którzy spodziewali się jakieś rewolucji mogą poczuć się zawiedzeni.

Teksty. Zgodnie z przewidywaniami, dominują tematy społeczne i polityczne. I jak można było się spodziewać, Waters krytykuje Donalda Trumpa. Robi to wprost w „Picture That” („Wyobraź sobie przywódcę bez pieprzonego mózgu”) i „Is This The Life We Really Want?” („Kiedy zwykły dureń zostaje prezydentem”). Tytułowy utwór z płyty zaczyna się zresztą fragmentem przemówienia prezydenta USA. Skoro już jesteśmy przy tych utworach, ze słów „Picture That” bije wściekłość na świat. Mocnym tekstem krytykującym zachowania, nawyki i obojętność ludzi jest też „Is This The Life We Really Want?”. Jedno wielkie oskarżenie ludzi, że sami sobie zgotowali ten los. Milczący, obojętni, otumanieni przez telewizję. I to z własnej woli („Czy naprawdę pragniemy takiego życia? Pewnie tak, to w końcu demokracja i decyduje wspólny głos”). W „Broken Bones” Waters uznaje II wojnę światową za nierozliczoną (motyw wojny znany już z „The Final Cut”). Pisze o wyborze „amerykańskiego marzenia” i porzuceniu Madame Wolność. I daje policzek politykom: „Nie możemy cofnąć się w czasie, ale możemy powiedzieć: Pierdolcie się, nie będziemy słuchać waszych bredni i kłamstw”. O kryzysie migracyjnym traktuje „The Last Refugee”. „Smell The Roses” krytykuje ludzką chciwość. Podtytuł „Deja Vu” mógłby brzmieć: „Co by było gdyby...”. „Bird in a Gale” to pytania zadawane do ukochanej. W „The Most Beautiful Girl” znów pojawia się wątek polityczno-społeczny. I jeszcze końcowy tryptyk. Tekst do „Wait for Her” zainspirowany został książką „Lesson from the Kama Sutra (Wait for Her)”, mówi o oczekiwaniu na ukochaną. „Oceans Apart” i „Part of Me Died” to opowieść o upragnionym spotkaniu z nią i pożegnaniu z myślami o zawiści, nienawiści, wszystkim, co złe: „Przynieście miskę żebym obmył jej stopy/Przynieście mi ostatniego papierosa/Byłoby znacznie lepiej umrzeć w jej ramionach/Niż żyć dalej życiem pełnym żalu”

„Is This The Life We Really Want?” to płyta niezaskakująca niczym. Momentami aż za bardzo odtwórcza. Ale mimo wszystko – dobra. Choć gdybym miał wybierać, wolę ostatnie dzieło Davida Gilmoura „Rattle That Lock”. Bardziej odpowiada mi jego klimat i moim zdaniem jest zwyczajnie lepsze. Nowy album Rogera Watersa trzeba przesłuchać parę razy, by wyłapać wszystkie dobre rzeczy w nim ukryte. Będę do jego słuchania na pewno nieraz wracać. Cieszmy się nim, bo biorąc pod uwagę tak długie oczekiwanie, nie wiadomo, czy doczekamy się jeszcze nowej płyty Rogera. Postawmy sobie na końcu pytanie: Czy to jest płyta, której naprawdę chcemy? Jeśli jesteś fanem Watersa, na pewno tak. Jeśli jesteś fanem Pink Floyd (nieważne czy wolisz Gilmoura czy Watersa czy obu tak samo), powinieneś spróbować. Jeśli uważasz Pink Floyd za najgorsze, co spotkało ludzkość – lepiej trzymaj się od tego albumu z daleka.


Autor: Marcin Knapik