Recenzje

2017-06-12
Animators - "Hepi End"
Sosnowiecka grupa Animators wydała trzeci album studyjny, a zarazem pierwszy z tekstami w języku polskim. Płytę ocenił dla nas Marcin Knapik.
Wykonawca: Animators
Wytwórnia: Lou & Rocked Boys
Rok wydania: 2017

Udział w „X Factorze”, półfinał „Must Be The Music”… Pierwsza myśl po zobaczeniu takich informacji o zespole brzmiała: No tak, nic dobrego z tego nie będzie. Druga myśl: Przy całym moim braku sympatii do talent show, kilku wykonawców w nich występujących zasłużenie zrobiło karierę. I to niekoniecznie idąc z głównym nurtem (np. Monika Brodka czy Dawid Podsiadło). Może warto spróbować?

„Hepi End” to trzecia płyta zespołu Animators. Na poprzednich dwóch – „Magic. Madness. Memphis.” (2013 r.) i „The Universe” (2015 r.) mieliśmy do czynienia tylko z angielskimi tekstami. Z radością informuję, że tym albumem muzycy z Sosnowca dołączają do „polskiej fali”, czyli zespołów, którzy postanowiły pisać utwory w naszym ojczystym języku (już kolejny raz w ostatnich tygodniach piszę o takim przypadku, może ktoś stworzy analizę, skąd się to bierze). Choć wiąże się z tym pojawiający się w niektórych momentach problem pod tytułem: „Co autor miał na myśli?”. Przy okazji Animators postanowili dokonać też zmian w brzmieniu.

Zespół postawił na rockową energię, chwytliwość i prostotę. Poszedł w stronę garażowego rocka. Na poprzedniej płycie było rockowo, ale też bardziej elektronicznie, bardziej przestrzennie i różnorodnie. Animators nie odżegnuje się całkowicie od tamtego kierunku. Jego reprezentantem są „Konfitury”, które siłą rzeczy różnią się od pozostałych kompozycji na płycie. Trochę elektroniki wkrada się też do „Kosmosu”. Przede wszystkim króluje jednak chwytliwy rock. Utwory są podobne do siebie. Ciężko oprzeć się też wrażeniu, że podobnie gra wiele innych zespołów i że to upodabnianie się do innych. Ale po pierwsze, jakoś trzeba zdobyć nowych fanów. A po drugie, jak mawia klasyk: „Wszystko już było” (choć od czasu do czasu można z radością stwierdzić, że nie jest to do końca prawda). To nie znaczy, że jest to okropne dzieło. Absolutnie tak nie jest. Dostajemy spójny materiał na solidnym poziomie. Moi faworyci: otwierające płytę „Czary mary”, „Idealny stan” (choć co do tekstu, zasadne jest pytanie, które padło kilka linijek wyżej), „Miłość w punkcie ksero” (intrygujący tytuł, nieprawdaż?) – bardziej spokojny, co nie oznacza, że snujący się, ale potem zmieniający się w energetyczny utwór oraz zamykający płytę „Hapi end” z nerwowym riffem.

Wracając do początku recenzji – miło jest się pozytywnie rozczarować. Co do płyty, Animators z dokonanej wolty wychodzi obronną ręką. Pogoda robi się coraz bardziej letnia, a „Hepi End” wpisuje się w, nomen omen, radosny nastrój tej pory roku. Można sobie przy nim poszaleć, a i dobrze się sprawdza w roli towarzysza w ciągu dnia.


Autor: Marcin Knapik