Recenzje

2017-06-25
Ride - "Weather Diaries"
„Weather Diaries” to arcydzieło na miarę ich najważniejszych dokonań z przeszłości, takich jak „Smile” czy „Nowhere” - ocenił nowy album Ride nasz recenzent Jakub Oślak.
Wykonawca: Ride
Wytwórnia: PIAS
Rok wydania: 2017

Historia zespołu Ride jest bardzo podobna do Slowdive. Jako dzieciaki z grzywkami przewrócili panujący w angielskim rocku porządek. Ba, swego czasu wydali nawet wspólny split-single. Tak szybko jak wznieśli się do gwiazd, tak równie szybko z nich spadli. Przez 20 lat oba zespoły tkwiły w niebycie, aby w tym samym czasie odnaleźć się po latach i ponownie zaistnieć. A teraz oba wydały nowe płyty. Chronologia tych wydarzeń jest wręcz uderzająca. Pomimo tych wszystkich podobieństw, styl obu formacji pozostaje inny. Chociaż kojarzeni z nurtem shoegaze - nawałnicą przeszywających serca gitar - Ride z czasem dołączył do bardziej melodyjnej, indie-rockowej strony świata. Ich nowa płyta „Weather Diaries” sięga po obie te estetyki, łącząc je w symbiotyczny, odmienny, zajmujący byt.

Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Mogłoby się wydawać, że jakikolwiek zespół wracając do czynnego nagrywania po ponad 20 latach będzie starał się raczej trawestować własną przeszłość, aniżeli poszukiwać nowych rozwiązań. Nic z tych rzeczy. Ride ponownie stają u naszych drzwi, całkowicie absorbując swoją obecnością uwagę słuchacza. Pamiętamy ich z fotografii z początku lat 90. wyglądających jak dzieci. Dziś to poważni faceci o zamyślonych minach, którzy postanowili znowu dać nam do myślenia. Album który przynoszą nie jest podróżą sentymentalną, lecz ponownym rozdaniem w zupełnie nowej grze. Brzmią tak, jak lubią brzmieć genialni, brytyjscy debiutanci – Stone Roses, Oasis, The Music, MBV, Slowdive... Tacy, jakimi oni sami byli, gdy startowali w roku 1989.

„Weather Diaries” to arcydzieło na miarę ich najważniejszych dokonań z przeszłości, takich jak „Smile” czy „Nowhere”. Jest to rzecz równie przebojowa, co frapująca. Na początku dostajemy trzy pociski, z których każdy to triumf mocy indie-rocka – takiego w jakim brytyjczycy są najlepsi: Doves, Interpol, The House of Love, Chapterhouse, oraz wszyscy bikiniarze z Manchesteru. Szczególnie w pamięć zapada „All I Want”, gdzie szarpane gitary przenika elektronika i staje się jasne, że ten zespół ma wobec nas poważne zamiary. Zaraz potem klimat się zmienia. Powraca atmosferyka sprzed lat, gdy chłopcy w wyciągniętych swetrach widzieli zza grzywek tylko efekty swoich gitar. I następuje to, z czego Ride i cały shoegaze słynie – odurzający prysznic elektrycznym dźwiękiem. Wszystko jest jasne.

Nowy album Ride to wielka sprawa. To doskonały album, wielowątkowy i zajmujący, w którego utworach przenika się wiele fascynacji i idei autorów. Doskonałych piosenek i kompozycji jest tu zbyt wiele, aby miało sens ich wymienianie; wspomnę może tylko o „Cali”, która moim zdaniem jest największym triumfem tej płyty. Bez oglądania się na przeszłość i inne zespoły, Ride przynieśli nam coś, co mogę ponownie i z całą stanowczością określić mianem arcydzieła. To płyta, która nigdy się nie znudzi, a której wielobarwne elementy będą nam sprzyjać w różnych momentach życia. Jest to niewątpliwy sukces tej czwórki, oraz sama radość dla ich fanów. I od razu rodzi się ciekawość – co też stanie się dalej? Pójdą za ciosem, czy znikną jak zamek z piasku na wietrze? Posłuchamy, zobaczymy. 


Autor: Jakub Oślak