Recenzje

2017-07-19
Danzig - "Black Laden Crown"
Nota "dopuszczająca" - tak ocenił nową płytę Danzig nasz recenzent Marcin Knapik.
Wykonawca: Danzig
Wytwórnia: Nuclear Blast Records
Rok wydania: 2017

Danzig. Po niemiecku oznacza to Gdańsk. Ale tak samo nazywa się heavy metalowy zespół ze Stanów Zjednoczonych. Istnieje od 30 lat. Jego liderem jest Glenn Danzig, więc nie należy się spodziewać, że motorem do takiego nazwania zespołu było polskie miasto. W maju wydał nową płytę „Black Laden Crown”. Dowód na to, że niektórzy dalej tkwią w przeszłości.

Pierwsze myśli, jakie pojawiły się u mnie podczas pierwszego przesłuchania albumu brzmiały mniej więcej tak: to musi być fejk. Przecież nie jest możliwe, żeby tak to brzmiało. Okazało się, że to nie jest żart. Wszyscy wiemy, jak istotną rolę odgrywa pierwsze wrażenie. Tutaj już po kilku minutach przekaz idący do mózgu był prosty jak budowa cepa: „Wyłącz tę płytę”. Źródła tego odczucia są dwa.

Po pierwsze - producent albumu musiał pracować nad nim w czasie krótkich przerw między innymi zajęciami. Nie ma innego logicznego wytłumaczenia tak beznadziejnego brzmienia. Możliwe jest jeszcze jedno: zespół przesłuchał płytę i doszedł do wniosku: „Nieważne, że dziadowsko zmiksowane. Nie chce nam się nagrywać jeszcze raz”. Żenująco słaba produkcja albumu sprawia, że powinien być on wydany jako dodatek do książki pod tytułem: „Jak nie należy produkować płyt?” lub „Jak spartolić pomysł na niezły album?”. Płaskie brzmienie, zduszone gitary, zduszona energia, zduszona moc. Przykład – otwierający płytę tytułowy utwór „Black Laden Crown”. Prawdopodobnie proces nagrywania tej piosenki wyglądał następująco. Działo się to w całkowicie zamkniętej studni. Siedzący tam wokalista śpiewał do odgłosów przebijających się z zewnątrz. Ktoś siedział obok śpiewającego i właśnie nagranie jego autorstwa zostało opublikowane. Początkujący muzycy nagrywają rzeczy znacznie lepszej jakości brzmieniowej. A tu mówimy o zespole z doświadczeniem. Nie wstyd im tak?

Druga przyczyna niedobrego wrażenia: Wszyscy się starzejemy. Możemy oszukiwać siebie, że jest inaczej, ale i tak prędzej czy później dojdziemy do tego wniosku. Ofiarą upływu czasu stał się głos Glenna Danziga – lidera zespołu (choć to pewnie niejedyny powód takiego stanu rzeczy). Aż robi się go człowiekowi żal. Znów wracamy do otwarcia albumu. Pierwsze momenty (pachnące średniowieczem), utwór rozkręca się i wchodzi Glenn. Robi się i śmieszno i straszno zarazem. Momentami wokal zbliża się niebezpiecznie do poziomu „Mazurka Dąbrowskiego” w wykonaniu Edyty Górniak. Słychać, że chciałby się zaśpiewać tak, jakby się chciało, ale po prostu się nie da.

Załóżmy, że jakimś cudem zapomnimy o skopanej produkcji i próbującym sobie radzić wokaliście. Trudne zadanie, ale spróbujmy. To hard rock z domieszką metalu czy bluesa (początek „Last Ride”). Dobrze wypada druga część utworu „Black Laden Crown”. Dlatego, że nie ma tam wokalisty. Niestety, nie jest to tylko złośliwość. Wyróżnić trzeba chwytliwy „Devil on Hwy 9” czy kończący płytę „Pull The Sun”. Całościowo dzieło brzmi jednak zbyt monotonnie. Im dalej w las, tym mniej wkurza, ale ślady i przyczyny początkowego stanu rzeczy pozostają do końca. Wraz z wnioskiem, że mogło być lepiej. Choćby jak z „Eyes Ripping Fire”, z którego dałoby się wyciągnąć o wiele więcej.

Zastanawiam się, co jest najbardziej wkurzające podczas słuchania tej płyty: dźwięk jak z amatorskich filmów kręconych przez rodzinę, wokalista niedający sobie rady czy myśl o zmarnowanym potencjale utworów. Album mógłby być całkiem niezły, gdyby nie został spartolony. „Black Laden Crown” ma szansę w skali szkolnej góra na ocenę dostateczną. A i tak bardzo, bardzo mocno wymęczoną. Pozostanę więc przy ocenie dopuszczającej.


Autor: Marcin Knapik