Recenzje

2017-07-20
Beach House - "B-sides and Rarities"
Kompilacja mniej znanych i całkowicie nieznanych utworów amerykańskiej grupy Beach House okiem naszego recenzenta Jakuba Oślaka.
Wykonawca: Beach House
Wytwórnia: Bella Union
Rok wydania: 2017

Beach House to chodzące uosobienie stylu nazywanego dream-pop – łagodnej, eterycznej formy rocka bazującej na ciepłych gitarach, sennych scenografiach, oraz anielskim śpiewie wokalistek. Jest to granie zakorzenione w nostalgicznej alternatywie spod znaku Cocteau Twins oraz tym, co nazywamy shoegaze. Trudno jednoznacznie określić kiedy te fenomenalne kołysanki zyskały swoją popularność, ale jedno jest pewne – Beach House miało i nadal ma w tym swój udział. W zasadzie każda ich płyta to doskonały album, a konsekwencja z jaką ten duet pławi się w odnalezionym przez siebie brzmieniu przynosi nam teraz wydawnictwo dosyć zaskakujące – kompilację stron B, czyli piosenek spoza albumów, których pierwotnym zadaniem było jedynie wypełnienie EP’ek i singli. Zwykle są to kompozycje drugorzędne pod względem jakości, często niedokończone szkice lub porzucone projekty. Po co zatem zbierać je w jednym miejscu, skoro są swego rodzaju produktem ubocznym, odrzuconym w doborze treści albumów?

Paradoksalnie, zwykle dzieje się tak, że zespół, który decyduje się na takie wydawnictwo mówiąc krótko wie co robi, czyli jest pewny swego. Jest dużo przykładów tego typu kompilacji, które w niczym nie ustępują albumom, a co więcej są przez fanów danego artysty otoczone szczególną sympatią. Warto wspomnieć o „Lost Dogs” Pearl Jamu, „Barbed Wire Kisses” Jesus and Mary Chain, „The Masterplan” Oasis, „Sci-Fi Lullabies” Suede, „Join the Dots” The Cure, oraz „Alternative” i „Format” Pet Shop Boys. Przykładów jest oczywiście znacznie więcej; to, co podkreślam – to najwyższa jakość zebranych na nich utworów, które w niczym nie ustępują swoim „rasowym” odpowiednikom. Nie inaczej jest w przypadku kompilacji Beach House. Od pierwszej do ostatniej kompozycji roztacza się na niej znajoma bajka – powolne piosenki rozwijające się jak kwiaty, każda z innego ogrodu, lecz każda nieodmiennie czarująca. Gdyby ten krążek ukazał się jako zwykły album, nikt by się nie połapał, że to towar odgrzewany.

Elementem magii muzyki Beach House jest to, że ich płyt a nawet poszczególnych piosenek można słuchać losowo – słuchacz i tak zostanie nieodmiennie oczarowany. Wszystkie te cudowne melodie i kołysanki pochodzą jakby z innego czasu, gdy samotni amerykańscy motocykliści ronili łzy do kieliszków tequilli przy taktach ballad z szaf grających. To puste bary nocą, to czarno-białe filmy puszczone w zwolnionym tempie, to mieszkańcy Twin Peaks spacerujący lasem, lub przejażdżka rowerem niedzielnym rankiem, gdy na ulicach pusto i cicho. Beach House to jeden z tych zespołów, które przemawiają wprost do oka wyobraźni, a jednocześnie relaksują słuchające ich dusze. To piękno zaklęte w prostocie, w nostalgicznym wspomnieniach wydarzeń, które nie miały miejsca, w specyficznej estetyce rzeczywistości, gdzie panuje spokój i nie trzeba doszukiwać się pereł logiki w stogach absurdu. I do tego jedna bardzo konkretna perełka – „Play the Game” z repertuaru Queen, które dzięki Beach House dostało nowe życie. 


Autor: Jakub Oślak