Recenzje

2017-08-02
Arcade Fire - "Everything Now"
"Zespół z Kanady zaprasza nas tym razem na dyskotekę" - zapowiada nasz recenzent Marcin Knapik opisując nowy album Arcade Fire.
Wykonawca: Arcade Fire
Wytwórnia: Sony Music
Rok wydania: 2017

Dwie wersje szat graficznych (dzienna i nocna), możliwość kupna płyty z kilkunastoma wersjami językowymi okładki (także polska), tworzenie przez zespół podróbek różnych stron internetowych z fikcyjną recenzją albumu czy reklamą fikcyjnej gry planszowej. Arcade Fire opanowało techniki marketingowe i dzięki nim prowadzi grę z fanami. Podsyciło oczekiwanie na nową płytę. Tylko o co tyle hałasu?

Zespół z Kanady zaprasza nas tym razem na dyskotekę. Już na albumie „Reflektor” z 2013 roku zarysował się kierunek muzyki tanecznej, teraz zespół definitywnie skręcił w tę stronę. Na „Everything Now” postawiono zdecydowanie bardziej na przebojowość i przystępność dla każdego. Jedną z przyczyn tego stanu było pewnie to, że jednym z producentów płyty jest Thomas Bangelter, członek Daft Punk. Choć nowemu dziełu Arcade Fire jeszcze bliżej do innych zespołów.

Zaczyna się wprowadzeniem - "Everything_Now (Continued)" (trzeba uważać przy pisaniu tytułów, jeden znak może tutaj robić różnicę). Jeśli ktoś oglądał teledysk do „Everything Now”, to pierwsze kilkadziesiąt sekund to właśnie to intro. Płynnie przechodzimy do tytułowego utworu – najbardziej przebojowego momentu płyty. Pierwsze dwa skojarzenia – dyskoteka i Abba. I jeszcze flet, który ostatecznie sprawia, że utwór wwierca się w głowę. Dyskotekową atmosferę podlaną elektroniką podtrzymują następne dwie kompozycje: "Signs of Life" – skrzyżowanie muzyki tanecznej z klaskaniem z oratoriów Piotra Rubika i mocny punkt albumu - syntezatorowy, chwytliwy "Creature Comfort". I po tej piosence zaczynają się kłopoty. "Peter Pan" – niezbyt składna mieszanka, próba upchnięcia wielu rzeczy. Najstraszniejszym potworem jest "Chemistry”. Arcade Fire musiało zasłuchać się w ludową kapelę grającą na weselu (jeden z powodów, dla których nie przepadam, mówiąc delikatnie, za weselami) lub odwiedzić zabawę dla dzieci (choinkową, andrzejkową albo karnawałową). Wyszło coś na kształt „Kaczuszek”. Co za dziadostwo. Dalej krótki, punkowy "Infinite Content". Jeśli ktoś słuchał zeszłorocznej płyty Brodki “Clashes” (nie uważam jej za wybitną) jest tam utwór „My Name Is Youth”. Dokładnie taką samą rolę tutaj pełni „Infinite Content”. Pojawia się nie wiadomo skąd i tak samo nagle się kończy. Z tym, że tutaj mamy drugą część - „Infinite_Content" budzący skojarzenia z kapelami przygrywającymi klientom w barze. Potem wracamy na dyskotekę. Elektropopowy "Electric Blue" odczytywany jest przez niektórych jako hołd dla Davida Bowiego - mentora Arcade Fire (słowa w „Sound and Vision” – „Blue, blue, electric blue”). "Good God Damn" nie ma zbędnych elektronicznych wtrętów, za to posiada przyjemny, gitarowy motyw przewodni. Powrotem do naprawdę dobrego grania jest "Put Your Money on Me" – drugi bardzo pachnący Abbą utwór na tym albumie, znów bardzo przebojowy. Zwolnienie przynosi nie zbyt dyskotekowa ballada "We Don't Deserve Love". Płytę kończy "Everything Now (Continued)" – bardziej podniosła wersja zaczynającego album "Everything_Now (Continued)". Zataczamy krąg, ale czy chce się nacisnąć przycisk „replay”?

Nie dziwię się, że album ma premierę właśnie teraz, w środku lata. To okres na taką muzykę, jaką proponuje nam tutaj Arcade Fire. Zespół na swoich płytach zawsze opowiadał w tekstach o czymś. Tym razem krążą one wokół problemów współczesnych ludzi – wewnętrznej pustki, konsumpcjonizmu, nieakceptowania samych siebie przez młodych, chęci przyjemności. Choć sam zespół niektórzy mogą posądzić o koniunkturalizm. Wcześniej ich płyty wydawała niezależna wytwórnia Merge, teraz zrobił to koncern Columbia. Biorąc wszystko pod uwagę, tym albumem oraz całą otoczką z nią związaną zespół być może po prostu bawi się w kotka i myszkę ze słuchaczami.

W ostatnich dniach trafiłem na wywiad ze Stevenem Wilsonem, którego nowa płyta ukaże się w połowie sierpnia. Artysta powiedział w nim, że prawdziwe nowatorstwo jest dziś domeną rapu i r&b, a rock i pop stały się zbyt konserwatywne. Jego zdaniem są jednak rockowe zespoły, które eksperymentują, choć działają już ładnych parę lat. To Radiohead i Arcade Fire. Zespół z Kanady potwierdza tę tezę – znów ewoluuje. Zaowocowało to albumem, który można podsumować tak: dobry początek, dobry koniec, przeciętny środek. Tylko, że od takiego zespołu oczekujemy czegoś więcej niż niezłej płyty. Znacznie więcej. Dlatego można odczuwać rozczarowanie.


Autor: Marcin Knapik