Recenzje

2017-08-09
Dead Cross - "Dead Cross"
"„Dead Cross” z powodzeniem odnajdzie się na ścieżce dźwiękowej do filmu z dużą ilością ożywionych trupów, pił mechanicznych oraz fruwających kończyn" - tak zachęca Jakub Oślak do zapoznania się z recenzją debiutanckiej płyty supergrupy Dead Cross.
Wykonawca: Dead Cross
Wytwórnia: Ipecac / PIAS Poland
Rok wydania: 2017

Rżnąć każdy może. Sztuka w tym, aby czynić to dobrze. W odniesieniu do muzyki, bo o niej mówimy, dobrze znaczy ciekawie. Dead Cross, nowy projekt sygnowany nazwiskiem Mike Patton, czyni to nad wyraz ciekawie. Warto podkreślić, że właściciel głosu o największej skali w muzyce rozrywkowej nie jest twórcą tej grupy; został on do niej zaproszony, podobnie jak do Faith No More. Pierwszy wokalista nie wypalił; muzyka była w zasadzie gotowa, tylko Mike musiał dograć swoje wrzaski. No i uczynił to wyjątkowo gorliwie, dopisując własne teksty, oraz dodając ten pierwiastek niesamowitości i dobrego humoru z jakim kojarzone są wszystkie jego projekty. Mózgiem zespołu jest Justin Pearson, postać równie wszechstronna i celebrowana w podziemnym rocku na Zachodnim Wybrzeżu, co Ian MacKaye na Wschodnim. Obok niego na gitarze Mike Crain, a z tyłu na bębnach Dave Lombardo. Zatem, Dead Cross to pół-na-pół Retox i Fantomas. To wyjaśnia jakie brzmienia nas tu czekają.

Ta płyta ma swoich bohaterów. Dokładnie czterech, a ich nazwiska już wymieniłem powyżej. Każdy z muzyków włożył w „Dead Cross” całe swoje serce, płuca i bebechy. Nikt tu nie gwiazdorzy ani nie błaznuje, nie ma grania solo i łechtających ego popisów. „Dead Cross” to pokaz siły muzyki hardcore, gdzieś pomiędzy kalifornijskim punkiem a thrash-metalem. Scena jest mała, stoimy na niej i gramy razem, a przed nami ludzki młyn wyrzuca co chwila w górę oszalałe ze szczęścia jednostki. Jest twardo, jest szybko, jest niezwykle głośno. Lombardo przechodzi tu samego siebie; to powrót do jego korzeni, do tego czego nauczył się w Suicidal Tendencies oraz w Slayerze. Patton wylewa z siebie siódme poty i wszystkie oktawy jakimi dysponuje. Crain i Pearson zapewniają solidne, natchnione piłowanie, a nad tym wszystkim czuwa doskonała, „filmowa” oprawa studyjna. Nie trwa to długo, jakieś pół godziny, ale po wybrzmieniu albo padamy na twarz, albo w ekstazie zaczynamy od nowa.

To, co najważniejsze w tej płycie – poza energią i jakością serwuje też kreatywność. Obok wyciągniętych pięści, te kompozycje niosą również szeroko otwarte oczy. „Dead Cross” z powodzeniem odnajdzie się na ścieżce dźwiękowej do filmu z dużą ilością ożywionych trupów, pił mechanicznych oraz fruwających kończyn. Zmienność barw, zmienność tempa – często w obrębie jedno utworu – zmienność głosu Pattona, od głębokich pomruków po dziki wrzask. W jednej chwili znajdujemy się w oświetlonych zniczami katakumbach (świetny cover „Bela Lugosi’s Dead” Bauhausu), aby za chwilę uciekać przed atakującymi szkieletami („Grave Slave”). Hałas działa oczyszczająco – „Seizure and Desist”, a zaklęcia otępiają zmysły – „Church of the Motherfuckers”. „Dead Cross” jest płytą na której ścierają się dwa fronty – siłowy i artystyczny. Ten pierwszy wyzwala mielącą kości szatkownicę, natomiast drugi spowija ściany korytarzy czerwienią z „Suspirii”.

„Dead Cross” to niezwykła płyta. Z całą pewnością nie jest pionierska, ani nawet nowatorska. To solidne rzemiosło podniesione do rangi sztuki, o co coraz trudniej w tym wynudzonym świecie. To powiew świeżości o sile dwóch kubłów z lodem, oraz najlepsze lekarstwo na poranne wkurwienie. Hałas i radość zniszczenia towarzyszą nam w muzyce od dawna, ale w większości przypadków bywają jedynie dziecinną zabawą. „Dead Cross” to dowód – bynajmniej nie jedyny – że z hałasu da się uzyskać nie tylko przekaz ideowy i psychologiczny, ale przede wszystkim artystyczny. Podkreślam kunszt indywidualnych kontrybucji, jak i całego ansamblu. Przyjęło się sądzić, że płyty z udziałem Pattona stają się jego monodramem; „Dead Cross” temu przeczy. To powrót do korzeni, ale z bagażem doświadczeń. Hałasować i rżnąć może każdy, ale tylko nieliczni robią to ciekawie. Doświadczenie tej grupy na to pozwala. Trzymajmy kciuki, aby udało się poznać ich siłę na żywo. 


Autor: Jakub Oślak