Recenzje

2017-09-18
Variété - "Nie Wiem"
Już za 11 dni ukaże się nowy, pierwszy od 4 lat, album studyjny formacji Variété zatytułowany "Nie Wiem". Nasz recenzent Jakub Oślak miał przyjemność zapoznać się z tym wydawnictwem i przelał na papier swoje wrażenia.
Wykonawca: Variété
Wytwórnia: Wydawnictwo Agora
Rok wydania: 2017

Najpierw słyszymy Robiłem już wszystko; nigdzie nie chciałbym wracać, niczego powtarzać. A potem Wspominać to jak umierać... Grzegorz Kaźmierczak stawia grubą kreskę za swoimi plecami: życiu przeszłością, która nadal umieszcza Variete na jarocińskiej scenie, w mroku poezji wyklętej wieszczącej apokalipsę, oraz w chłodzie znalezionym na drugiej stronie płyty „Closer” Joy Division. Ten kto nadal postrzega ten warszawsko-bydgoski alter-zespół przez pryzmat przestawionych kamieni oraz zielonookiego radia „Romans” powinien czym prędzej sięgnąć po „Nie Wiem”. A także po trzy poprzednie płyty, jakie Variete skomponowało i nagrało na przekór stereotypom i domysłom.

„Nie Wiem” to kontynuacja dobrej passy i wysokiego poziomu, jaki Variete narzuciło sobie i innym „Piosenkami Kolonistów”, „Zapachem Wyjścia”, oraz „Nowym Materiałem”. Acid jazz, elektronika, ciepło i zaduma, unoszące się w powietrzu drobinki dub’u i idm’u. Organy i gitary. Wokodery. Poezja i melodeklamacje Kaźmierczaka, a także klawisze, efekty i wielorakie ozdobniki. Variete to już od dawna nie „zimna fala”, ale future jazz – fuzja dwóch światów, analogowego i cyfrowego, doprowadzona do postaci płynnej, wielobarwnej, często psychodelicznej symbiozy. Przecież ten zespół nazywa się Variete – czyli różnorodność. Udowoadniają to już od lat. Skąd zatem zdziwienie?

Odpowiedź jest jedna – nie wiem. Może właśnie o to chodzi w tytule tego albumu? To także zbywająca odpowiedź na pytanie w jednej z piosenek: Gdzie ci było najlepiej? W Bydgoszczy, Warszawie, a może Nowym Jorku? Grzegorz Kaźmierczak konsekwentnie odcina się od szufladkowania i kategoryzacji. Nawet jeśli kiedyś wznosił słowami martwe ciała ku toksycznemu niebu (Groby są w nas, groby to my), to teraz jedyną entropijną rzeczą jest kruszejąca tytułowa „Trasa W-Z”, najlepszy kawałek na płycie. Wokół nas jest życie, ciepło i światło – trwa motyw podróży znany z poprzednich płyt i wierszy, a także upojenie otoczeniem i emocjami. A może to zmyła?

Grunt, że „Nie Wiem” to kawał wybornego artystycznego kunsztu i natchnienia. Ten charakterystyczny synkopujący rytm oraz trąbki to znak rozpoznawczy Variete. Obok nich w najlepsze kręci się elektronika, zarówno przetwarzając surowiec dźwięków i głosu, jak i nadając muzyce czystości, świeżości i nowoczesności. Kaźmierczak nie dominuje muzyki swoją poezją, ale doskonale ją uzupełnia. W jego głosie słychać uśmiech; słowom z płyty na płytę ubywa patosu, ale za to przybywa metropolitarnego wyczucia, dystansu i refleksji nad czasem teraźniejszym. Codziennie wstajemy i zapisujemy carte blanche swojego życia, nie wracamy i nie wspominamy. Jedziemy dalej.

„Nie Wiem” to niezwykła płyta, jak zawsze u Variete doskonale odmierzona (42 minuty) i wypełniona. Nawet sekudna muzyki nie idzie tu na marne, tylko pozostaje naznaczona doświadczeniem, instynktem i eksperckim warsztatem pisarsko-instrumentalnym. To właściwa kontynuacja motywów i tematów, jakie poruszały trzy ostatnie albumy. Lirycznie jesteśmy w podróży, dystansujemy się od świata, a jednocześnie przyglądamy mu z fascynacją i uśmiechem. Muzycznie to dobry sen, gdzie wszystko może się zdarzyć i zaskoczyć, ale ostatecznie zmierza do happy endu i chęci powtórki. Luźne skojarzenie: Variete brzmi tu jak Voo Voo; mam nadzieję, że odbiorą to jako komplement. Polecam! 

Autor: Jakub Oślak