Recenzje

2017-09-18
Foo Fighters - "Concrete & Gold"
"Płyta, która spełnia oczekiwania". To najkrótsza laurka dla nowego albumu Foo Fighters. Jak uzasadnił taką opinię nasz recenzent Marcin Knapik? Przeczytajcie w naszej recenzji albumu "Concrete & Gold".
Wykonawca: Foo Fighters
Wytwórnia: Sony Music Entertainment
Rok wydania: 2017

Połączenie Motorhead z “Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”. Tak Dave Grohl zapowiadał nową płytę Foo Fighters, taką wizję przedstawił na początku prac jej  producentowi – Gregowi Kurstinowi. Brzmi zachęcająco. Utwór „Run” zwiastował, że będzie moc. Choć z drugiej strony „Something From Nothing” zapowiadający album „Sonic Highways” też bardzo cieszył. A gdy ukazał się cały longplay, najlepsze były dwa pierwsze utwory – wspominany wcześniej singiel i „The Feast and The Famine”. Reszta niezła, ale do zachwytów daleko. Odłóżmy na bok promocyjne gadki i zajmijmy się dziewiątym studyjnym albumem Foo Fighters.

Jest lepiej. I to nie tylko dlatego, że zespół nie wystrzelał się od razu na początku. Utwór zaczynający płytę ma 82 sekundy. „T-Shirt” pełni rolę intra. Delikatny początek i nagle uderzenie podniosłych chórków i gitar. Wielki wybuch. Potem następuje znany już od  czerwca „Run”. Pierwszy raz słuchałem tej piosenki, jadąc na zajęcia na uczelnię. Dał kopa na cały dzień. Mocny, energetyczny, wręcz metalowy, świetny. Z upływem lat zespół ma tendencję do przyśpieszania. Na „Wasting Light” – „Walk”, tutaj – „Run”. Utwór wpisuje się w słowa napisane na stickerze: „Testing of limits of speakers everywhere”. Limity głośników można sobie przetestować także m.in. przy „La Dee Da”, „Make It Right” czy „Arrows”. Ale jest też w ramach przeciwwagi akustyczna ballada „Happy Ever After (Zero Hour)” – coś z innej beczki w porównaniu do reszty kompozycji na płycie. I pierwsza część „Dirty Water”.

Sporo utworów Foo Fighters opiera się na budowaniu napięcia lub rozpędzaniu się oraz mocnych, chwytliwych refrenach. Nie inaczej jest na „Concrete and Gold”. O prawie każdym utworze na tej płycie można napisać: przebojowy. „Run”, „Make It Right” z funkująca, bujającą gitarą, hardrockowy “La Dee Da” z przesterowanymi wokalami, „Dirty Water”, które zaczyna się delikatnie (ale nie powoli), ale w połowie numeru zmienia się w mocne granie, rozkręcający się „Arrows”. Taka jest też moja ulubiona kompozycja na płycie – „The Sky Is a Neighborhood”. Ale dodatkowo ma ona w sobie to „coś”. Niby zwykła rockowa ballada, ale jest w niej coś przyciągającego, niepokojącego. I jeszcze do tego pojawia się w tle kwartet smyczkowy potęgujący tę atmosferę. Najlepszy utwór na płycie.

 

Miało być beatlesowsko na płycie. I ten postulat jest realizowany.  „Sunday Rain”. Drugi z moich faworytów (fakt, że recenzja jest pisana w niedzielę, a za oknem pada deszcz nie ma z tym nic wspólnego). Połączenie beatlesowsko brzmiącej gitary z zaczepnym riffem. Tylko po co ten wtręt fortepianowy na końcu? Jako wokalista – perkusista zespołu Taylor Hawkins. A na perkusji… Na perkusji – sir Paul McCartney. Ten Paul McCartney. Podobieństwa do Sierżanta Pieprza? Finałowy akord w zamykającym całość utworze tytułowym „Concrete and Gold”. Nie jest to łatwa kompozycja. Powolna, ciężka, taka chęć podniosłego zakończenia. Za pierwszym razem niezbyt przypadła mi do gustu, ale coraz bardziej mnie przekonuje. Najsłabiej na płycie wypada „The Line”. Niezły i nic ponadto.

Skoro poruszyliśmy temat gości, trzeba wspomnieć o innych śpiewających na płycie. W chórkach, ale zawsze. Alison Mosshart z The Kills w „La Dee Da” i „The Sky Is a Neighborhood”. Inara George w „Dirty Water”. Shawn Stockman w „Concrete and Gold”. I Justin Timberlake w „Make It Right”. Wybory nie zawsze oczywiste. I zaskakujące, jak w przypadku dwóch ostatnich panów.

 „Concrete and Gold” to bardzo dobry album. Umacnia pozycję Foo Fighters w gronie najlepszych rockowych grup na świecie. Moc, przebojowość, budowanie napięcia – rozpoznawalne znaki zespołu plus do tego domieszka nowych rozwiązań. Płyta, która spełnia oczekiwania. A to bardzo ważne.


Autor: Marcin Knapik