Recenzje

2017-09-24
Gary Numan - "Savage (Songs from a Broken World)"
Dwudziesty pierwszy album studyjny Gary'ego Numana został przesłuchany i zrecenzowany dla nas przez Jakuba Oślaka.
Wykonawca: Gary Numan
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2017

Gary Numan niestrudzenie szuka swoich gwiazd i przesyła nam pozdrowienia wraz ze swoim 21 albumem studyjnym (nie liczę kompilacji, płyt live oraz nagrań Tubeway Army). Bez trudu można odnaleźć na nim nawiązania do poprzedniego longplaya, wydanego cztery lata temu „Splinter (Songs from a Broken Mind)”. Nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, jeśli kolejny album również okaże się zbiorem piosenek z czegoś złamanego. Bez względu na to, „Savage (Songs from a Broken World)” to nie tylko kontynuacja passy Gary’ego, ale i obietnica czegoś więcej na przyszłość.

Przede wszystkim – tematyka płyty. Tytułowy złamany (lub też zepsuty) świat, to nasz świat – teraz lub w niedalekiej przyszłości. Gary nie od dziś inspiruje się odczłowieczeniem jednostki, mas, oraz otaczającej je rzeczywistości. Kiedyś, gdy święcił triumfy pionierskim dla synth-popu „The Pleasure Principle”, grał na skojarzeniach i dwuznacznościach. Teraz, po blisko 40 latach, przemawia wprost i po ludzku, pomstując i ostrzegając przed kataklizmem jaki sprowadzają na siebie humanoidzi. Witajcie na rządzonej prawem pięści pustyni, gdzie jedyną wartością człowieka są jego zapasy wody.

Owszem, „Savage” jest płytą bardzo filmową, co ma swój wydźwięk nie tylko w jej tematyce, ale przede wszystkim brzmieniu. Gary Numan nie ukrywa, że jego celem i marzeniem jest komponować muzykę filmową (de facto już to robi; patrz „From Inside”). Na „Savage” da się wyczuć rodzaj narracji – pewnej fabuły, która łączy niejednorodne kompozycje i spaja je we wspólną koncepcję. Dzięki temu otrzymujemy nie tylko piosenki, takie jak gotowy przebój „My Name is Ruin”, ale i muzykę bardziej ilustracyjną, jak choćby wyborne i najciekawsze na płycie „And It All Began With You”.

Warto podkreślić, że punktem wyjścia dla brzmienia płyty jest rock industrialny, spajający nieodmiennie fascynującą Gary’ego duszącą i zimną elektronikę, jak i spontaniczną gitarę. Nawiązania i podobieństwa do Nine Inch Nails są oczywiste i być może jest to najsłabszy punkt tej płyty: jest ona w znikomym stopniu rozwinięciem tego, co Gary już parokrotnie nagrywał w przeszłości. To po prostu rzemiosło – solidne i imponujące jakością wykonania – ale bez wartości dodanej, jaką jest przebłysk kreatywnego geniuszu. Nie wymagajmy jednak tego od kogoś, kto nagrał już tyle krążków, ile Gary.

„Savage” jest jednym z tych albumów, które rodzą sporo pytań dotyczących nie tylko autora, ale i całego gatunku jaki reprezentuje. Mamy tu gorący przebój („My Name is Ruin”), taki jak poprzednio „I Am Dust”, klasyczny „Metal” oraz nieśmiertelne „Cars” i „Are Friends Electric?”. Słychać tu także obiecujące tendencje Gary’ego do komponowania muzyki instrumentalnej (vide jego rówieśnicy John Foxx i David Sylvian). Jednakże jako całość „Savage” nie przekonuje. Brakuje jej tego, czego brakuje dużej części dorobku Numana – własnej tożsamości. Jest płytą jedną z wielu. A to trochę mało.

Gary Numan jest postacią niezwykle zasłużoną dla muzyki, w szczególności elektronicznej. Nie tylko za pionierskie dźwięki syntezatorów, ale także niezmiennie odhumanizowany głos bez użycia wokodera. To wszystko jednakże miało miejsce wiele lat temu, a nakład albumów jakie od tamtej pory wydał nie przyniosły dużo więcej poza ilością kurzu na półce. Synth-pop czy industrial same w sobie dawno przestały fascynować i tak jak rock potrzebują polotu i świeżości, aby wynieść zepsute umysły ponad tumany piachu. Życzę Gary’emu, aby odnalazł dawną muzę w muzyce filmowej. 


Autor: Jakub Oślak