Recenzje

2017-10-01
OMD - "The Punishment of Luxury"
Orchestral Manoeuvres in the Dark kontynuują dobrą passę albumową, jaka spotyka ich od 2010 r., kiedy po serii udanych koncertów w złotym składzie weszli do studia nagrywać „History of Modern”.
Wykonawca: OMD
Wytwórnia: Sony Music
Rok wydania: 2017

Kilka lat później nastąpił krążek „English Electric”, kolejne trasy koncertowe, i chociaż los zespołu stanął w pewnym momencie pod znakiem zapytania (atak serca Malcolma Holmesa), wciąż idą dalej. Oto przed nami spoczywa świeżo wydany, jeszcze gorący „The Punishment of Luxury”. Rzut oka na okładkę i jasne jest, że tu nie będzie rewolucji, tylko szlifowanie ścieżki obranej przed siedmiona laty. Ścieżki, która de facto przyświecała O.M.D. od samego początku, gdy nastoletni Paul Humphreys i Paul McCluskey, rzecz jasna inspirowani Kraftwerkiem, wytyczali szlak brytyjskiej fali synth-popu.

„The Punishment of Luxury” to sztuka i technologia, przebojowość i awangarda; innymi słowy, typowe O.M.D. Nawiązania do ich najważniejszych dzieł z przeszłości – „Dazzle Ships” oraz „Architecture and Morality” – są oczywiste. Na początek przeboje: utwór tytułowy, a zaraz za nim „Isotype” oraz „Robotman”, a na dokładkę „What Have We Done” śpiewany przez Humphreysa. 100% skuteczności. Od cudownie klasycznej, syntetycznej melodii aż chrupie w zębach. Raz ponuro, raz jasno, z ironią ale i przejęciem -  głos McCluskey’ego nie ulega korozji czasu i nadal stanowi jeden z najsilniejszych punktów ich muzyki. Syntezatory pod nadzorem Humphreysa i Martina Coopera brzmią tak, jakby stał za nimi Karl Bartos. Zresztą odniesień do Kraftwerk jest tu znacznie więcej.

Dalsza część płyty to już inne kompozycje, ale także typowe dla O.M.D. eksperymenty i kolaże. To zawsze był paradoks tego zespołu: kojarzymy ich przede wszystkim z hitów takich jak „Enola Gay” czy „So In Love”, a zupełnie ignorujemy to, co mają do przekazania jako twórcy doskonałych płyt. Longplaye O.M.D. są bez wyjątku intrygujące i zagadkowe, przynajmniej te klasyczne; obok radiowych i dyskotekowych uderzeń jest na nich ujęta sztuka, poezja, awangarda, surrealizm. To doskonałe ujęcie w klamrę ducha czasu, zarówno Liverpoolu z początku lat 80., jak i świata w roku 2017. Co żeśmy zrobili, pyta Humphreys, frapując się nad „rozmowami bez mówienia”, czy też sztucznie wywołanymi problemami pierwszego świata. To gorzki pean ku przestrodze przed nowoczesnością.

To także kolejne odniesienie do Kraftwerk. Poza oczywistymi podobieństwami melodycznymi, O.M.D. dzieli z nimi także tematykę. Niemcy, będąc pionierami technologii w muzyce, starali się ostrzec słuchaczy przed jej zgubną mocą („Radioactivity”, „Computer World” „The Man-Machine”). Tworząc wzorzec metra muzyki elektronicznej, bali się tego, jaki wpływ ma ona na człowieka. Nie inaczej jest z O.M.D., którzy bardzo skrzętnie wykorzystują możliwości twórcze, jakie daje im technologia. Jednocześnie, załamują ręce nad drenażem emocjonalno-intelektualnym, jakie owe możliwości serwują gatunkowi ludzkiemu. Stając się coraz poteżniejsi jako jednostki z palcami na klawiszach, stajemy się coraz bardziej głusi w środku. Tylko że coraz mniej z nas chce tam zaglądać.

„The Punishment of Luxury” jest wyborną płytą, przebojową i porywającą, ale też frapującą, prowokującą do słuchania. McCluskey jak zwykle pławi się wokalnie wśród czasu i przestrzeni, a reszta zespołu odpowiedzialna za brzmienie i produkcję przechodzi samą siebie. Przecież oni mieli już kończyć, a tymczasem wydali najlepszą, najdojrzalszą i najciekawszą płytę od czasu „Dazzle Ships”. Puryści którzy bredzą coś o kopiowaniu Kraftwerk niech sprawdzą datę wydania ostatniej ich płyty studyjnej. O.M.D. kroczy naprzód i chociaż dwa poprzednie krążki nie przekonały mnie w stu procentach, tak „The Punishment of Luxury” jest po prostu strzałem w dziesiątkę. Sądziłem, że synth-pop nie ma już nam nic do zaoferowania, a tymczasem sprawdzona marka okazała się niezawodna. 

Autor: Jakub Oślak