Recenzje

2017-10-03
The Horrors - "V"
Piąty album brytyjskiej grupy The Horrors to świadectwo ewolucji tego zespołu. Więcej na ten temat w recenzji autorstwa Marcina Knapika.
Wykonawca: The Horrors
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2017

„To naturalne, że jeśli uważasz się za artystę, to rozwijasz się i nie jesteś zachowawczy. Bowie zapoczątkował współczesną tendencję niemożności trwania w jednym miejscu przez długi czas. Frustrują mnie zespoły, które się zatrzymały. Wtedy faktycznie twórczość staje się tylko karierą.” Te słowa powiedział Tom Cowan, keyboardzista The Horrors przed premierą nowej płyty grupy. Piątej – jak sama wskazuje jej nazwa. Dziesięć lat temu, na swoim pierwszym albumie brytyjska grupa grała garażowy rock. Nie jest w to tak łatwo uwierzyć, słuchając „V”.

Za produkcję płyty odpowiadał Paul Epworth. Kilka nazw z listy artystów, z którymi dotychczas współpracował: Adele, Coldplay, U2, Paul McCartney, Rihanna. Chłop ma więc pojęcie, o co chodzi. Projektantem okładki jest Erik Ferguson. Jak napisano w artykułach promocyjnych, to „utalentowany reżyser, artysta efektów specjalnych słynący ze swych abstrakcyjnych, intrygujących wizji”. Okładka jest autentycznie koszmarna. Są osoby dokonujące zakupów płytowych „po okładce”. Kogoś, kto kupi ten album z tego właśnie względu można podejrzewać o tendencje masochistyczne. Przebicie takiej okładki przez muzykę znajdującą się na płycie wygląda na prościutkie zadanie.

„V” nie należy do krótkich dzieł. Znajduje się na niej 10 utworów, ale za to w większości rozbudowanych. Skutkuje to całościowym czasem trwania wynoszącym 55 minut. The Horrors występowali w tym roku jako support przed Depeche Mode podczas kilku koncertów ich trasy. Na albumie słychać wpływy tego zespołu, a także m.in. New Order. Główną rolę odgrywa elektronika. Nie tylko w głównym przekazie brzmieniowym, ale też jako przeszkadzajki, wtręty. Gitary schodzą na drugi plan. Rozpoczynający całość „Hologram” oferuje nam ambientowe brzmienie, zniekształcony głos wokalisty Farisa Badwana oraz końcówkę z rozbudowanymi, elektronicznymi szaleństwami. Ten ostatni patent wykorzystywany jest też w innych utworach. Na przykład w „Press Enter To Exit” z chwytliwym, funkującym riffem. Gdy wydaje się, że to już koniec kompozycji, następuje wybuch ładunku elektroniki. Podobnie w mrocznym „Ghost”. Brudnym, robotycznym brzmieniem kusi „Machine”, krótką długością jak na „V” (niecałe trzy i pół minuty) i przebojowością zachęca „World Below”. Powiew melancholii wnoszą „Weighed Down” i „It’s a Good Life”.

W kontekście całości płyty rzucają się w uszy dwa utwory. Pierwszy: „Gathering”. Są na tym albumie spokojne utwory, ale ten w odróżnieniu od reszty brzmi bardzo naturalnie, oparty jest na akustycznej gitarze. Elektronika odgrywa mniejszą rolę. Drugi: zamykający album „Something To Remember To By”. Zupełnie inny nastrój niż w „Gathering”. Ale też coś, do czego nieuchronnie zmierzały te elektroniczne eksperymenty. Tak, jakby zespół dawał upust chęci zamieszczenia dyskotekowego utworu i wyszalenia się na koniec. Nóżka chodzi także słuchając „Point of No Reply”, choć tu nie uświadczymy dyskotekowych, DJ-skich bitów.

Nową płytę The Horrors dodaję do listy argumentów potwierdzających słuszność stwierdzenia: „Nie oceniaj płyty po okładce”. Skrywa ona solidny, momentami bardzo zaskakujący materiał. Warto po nią sięgnąć.


Autor: Marcin Knapik