Recenzje

2017-10-10
Marylin Manson - "Heaven Upside Down"
Dziesiąty album Marylina Mansona to powrót do korzeni tego artysty. Oto nasza recenzja płyty "Heaven Upside Down".
Wykonawca: Marylin Manson
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2017

Temu albumowi towarzyszy atmosfera zamieszania. Jego premiera planowana była na 14 lutego tego roku, czyli na Walentynki. Miał nosić tytuł „SAY10”. Powodem zmiany terminu okazało się powstanie i dołożenie do płyty trzech utworów. Lepiej pochwalić się dziełem, które ma blisko 50 minut, a nie nieco ponad trzydzieści. A to nie koniec. 30 września podczas koncertu w Nowym Jorku metalowa część scenografii runęła na piosenkarza. Efekt – przewiezienie do szpitala i odwołanie kilku koncertów. Mogło skończyć się gorzej. Tym, że mogła to być recenzja albumu wydanego pośmiertnie. Ale Marilyn Manson dochodzi teraz do zdrowia, a płyta, która ostatecznie nazywa się „Heaven Upside Down” trafia na rynek.

Do współpracy przy swoim dziesiątym albumie artysta zaprosił Tylera Batesa – producenta i kompozytora filmowego. Ponownie. Panowie współpracowali już razem przy poprzednim dziele Mansona - „The Pale Emperor” z 2015 roku. Ale nie są to takie same płyty. Tutaj jest mocniej.

Co oferuje nam album? To w zasadzie stary, dobry Marilyn. To znaczy dobry lub niedobry – zależy, kogo pytamy o odpowiedź na to pytanie. Mówimy tutaj o artyście należącego do grona tych, która albo się kocha, albo nienawidzi Nie może być inaczej w przypadku osoby mówiącej, że „jej bohaterami są David Bowie i Lucyfer”. Kreowany przez siebie wizerunek, teksty wzbudzające kontrowersje, obracające się wokół motywów m.in. seksu czy przemocy. Tu nie jest inaczej. Na Spotify sześć z dziesięciu utworów ma oznaczenie „Explicit”.

 Trzema utworami, które spowodowały opóźnienie premiery płyty są „Revelation #12”, „Saturnalia” i „Heaven Upside Down”. Marilyn Manson określił je jako kluczowe i mocno wpływające na interpretację całości. Całe szczęście, że zostały dodane. Są to mocniejsze punkty albumu. „Revelation #12” - otwarcie albumu mocno i z przytupem. Syreny, przesterowany bas. Krzyczący, wrzeszczący Marilyn. „Saturnalia”- ośmiominutowy utwór, mroczne oblicze szatańskiej dyskoteki. „Heaven Upside Down” - zaskakujący utwór tytułowy. Muzycznie – grzeczny Manson. I większa naturalność, i akustyczne i elektryczne gitary, i damski chórek. Taki wyjątek, bo płyta stoi pod znakiem industrialno-metalowych brzmień.

„Tatooed In Reverse” przypominające „Sail” grupy Awolnation. Utwór z podobnymi wybuchami. Krzykliwymi refrenami wyróżniają się ostry, mroczny „WE KNOW WHERE YOU FUCKING LIVE” oraz zaczynające się mechanicznymi dźwiękami „SAY10” (tak, gry słów w tytułach). Zejściem z ostrego kursu jest „KIL4ME” - sięgająca po synthpop bardziej energetyczna i taneczna odmiana szatańskiej dyskoteki. Ale wracamy na niego przez „Saturnalia” i „JE$U$ CRI$I$” - ostrą elektronikę przeradzająca się w wybuchowy krzyk. „Blood Honey” z początkiem niczym z horroru, balladowym tempem i ciężkim brzmieniem. Zamykający całość „Threats Of Romance” stopniuje napięcie. Fortepian niczym z niemych filmów. Im bliżej końca, tym mroczniej i krzykliwiej.

Czasem lepiej poczekać parę miesięcy i dopracować dzieło niż wypuścić bubel. Marilyn Manson zastosował się do tego i wyszło to płycie „Heaven Upside Down” na dobre. Nie odkrywa ona wiele nowego, ale powinna zadowolić fanów. Bo swoich wrogów Manson chyba nigdy nie przekona.


Autor: Marcin Knapik