Recenzje

2017-10-11
Liam Gallagher - "As You Were"
"„As You Were” to kwintesencja stylu Liama" - to tylko krótki fragment naszej recenzji nowej płyty byłego frontmana grupy Oasis.
Wykonawca: Liam Gallagher
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2017

Gdyby Anglicy mogli wybierać, Liam Gallagher byłby królem Anglii. Symbolizuje wszystko, co ten naród kocha: cięty język, ostrokątną urodę, pubowy hedonizm oraz piłkarski narcyzm. Jest jednym z nich. Jednocześnie, Liam jest wrażliwym artystą, obsesyjnie czerpiącym z legendy Lennona, ale mającym swój własny styl, podkreślony mocnym, „cynicznym” wokalem oraz charakterystyczną postawą przy mikrofonie. Możemy nie lubić go jako człowieka – wiecznego prowokatora, niepoprawnego chama, gwiazdorzącego gówniarza, do tego kibica Manchesteru City; wielu ludzi właśnie za to go uwielbia (jak sam stwierdził: It’s official, I’m a cunt). Ale jednego mu nie zabierzemy: jego głosu. Ten głos rozbrzmiewa właśnie po raz kolejny. Po podbiciu świata (a przynajmniej Anglii) z Oasis, oraz przygodzie z Beady Eye, Liam prezentuje nam siebie solo, w świeżo wydanym „As You Were”.

Po tym albumie nie należy spodziewać się więcej (ani mniej), niż możemy to sobie wyobrazić przed jego przesłuchaniem. Nasz bohater nie zaczął ani rapować, ani komponować ambientowych pasaży. To kilkanaście piosenek napisanych oraz nagranych z pomocą producentów: Grega Kurstina, Andrew Wyatta oraz Dana Grecha (w ich CV znajdziemy m.in. Carla Barata, The Vaccines oraz Keane). Jest to co najmniej solidne, rock’n’rollowe rzemiosło, które nawiązuje do wszystkiego co najlepsze z lat 60-tych (Beatlesi, Stonesi, The Kinks), ale rzecz jasna podane w stylu Liama: buńczucznie, z pretensją oraz środkowym palcem (albo dwoma; bardziej po angielsku) wymierzonym w twarz światu. Jednakże, pod rock’n’rollowym tupnięciem, skrywa się coś w rodzaju rachunku sumienia. Gwiazdor Liam, z cierpkim, pogardliwym grymasem z okładki, składa przed nami swoje wyznanie wiary.

Chodzi oczywiście o teksty, które, co ciekawe, nie były napisane tylko i wyłącznie przez Liama, ale także przez Kurstina/Wyatta/Grecha. Aczkolwiek, ta trójka fachowców wystarczająco dobrze potrafiła wejść w buty swojego „klienta”, aby oddać jego styl i osobowość. Liam rozlicza się bowiem ze wszystkim, co ważne w jego życiu. Jest o Lennonie, jest o Yoko Ono, jest prztyczek w nos jego brata Noela; przede wszystkim, jest prztyczek w nos samemu sobie. Każdy gwiazdor dorośleje, a Liam – po dwóch małżeństwach, czwórce dzieci, przygodach z gaśnicami i samolotami, coś ma o tym do powiedzenia. Być może taka jest natura solowych albumów – nawet kapryśni artyści, szczególnie ci kojarzeni z zespołem, podchodzą do nich bardzo trzeźwo i wyjątkowo poważnie. Nie inaczej jest tu; Liam wydobywa z siebie tyle profesjonalizmu i duszy ile potrafi – i tym samym po prostu wygrywa.

„As You Were” to kwintesencja stylu Liama. Z pewnością usłyszymy tu te same dobre nuty, co w takich hitach Oasis sprzed lat, jak „D’you Know What I Mean?”, czy „Stop Crying Your Heart Out”. To także manifestacja osobowości i poczucia humoru głównego bohatera – sam tytuł płyty to nic innego jak komenda wojskowa odwołująca Baczność po wejściu oficera. Wiele kompozycji tu zawartych to piosenki najwyższej próby: „Paper Crown”, „Bold”, „I Get By” oraz rzecz jasna „Wall of Glass”. Co ciekawe, wersja deluxe płyty jest dłuższa o trzy numery – i są one równie warte poznania, na czele z „I Never Wanna Be Like You”. Do tego ta okładka, niczym portret pamięciowy, plakat w pokoju nastolatki, lub zdjęcie z tyłu autobiografii; czysty hedonizm, prowokacja, ale i przymrużenie oka. U Liama to i tak jedno i to samo. To najlepszy krążek jaki do tej pory usłyszeliśmy po rozpadzie Oasis. 


Autor: Jakub Oślak