Recenzje

2017-10-18
Jake Bugg - "Hearts That Strain"
W recenzji nowej płyty Jake'a Bugga możemy między innymi przeczytać: "Jake Bugg to właśnie naga muzyka. Trochę rock’n’rolla, ballady, folku, odrobina bluesa". Zapraszamy do lektury całości tekstu autorstwa Jakuba Oślaka.
Wykonawca: Jake Bugg
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2017

Jake Bugg to jeden z młodych talentów, jakie brytyjski rynek muzyczny uwielbia wynieść pod niebiosa, a następnie kompletnie zgnoić. Jeśli weźmiemy pod uwagę takie przykłady jak Tom Odell, George Ezra, Royal Blood czy na dłuższą metę Arctic Monekys, da się zauważyć pewien schemat. Najpierw rewelacyjny debiut, same dziesiątki we wszystkich magazynach, trzykrotnie wyprzedane w ciągu minut Wembley i objechany świat w wieku dwudziestu lat. A potem zapaść, ciemność i zupełnia cisza. Być może drugi album, gdzieś tam po cichu, ale już bez zachwytu i urwanych członków. George Ezra do dziś nie wydał drugiej płyty, a przecież występował na wszystkich ważniejszych festiwalach tego świata, a w jego klipach grał sir Ian McKellen. Ed Sheeran, który o był o krok od zapaści psychicznej, w porę się wycofał i teraz nadal trwa w sukcesie. Sukces jest rzeczą kapryśną, iluzoryczną, i łatwo jest obrócić go w nicość. Jake Bugg udowadnia, że można jednak inaczej.

Jego nowa płyta „Hearts That Strain” wychodzi raptem rok po poprzednim albumie, „On My One”, podobnie jak poprzednie dwa krążki, które sprawiły, że świat w ogóle usłyszał o Buggu. Nie ma to znaczenia dla słuchacza, który powinien się cieszyć, żelubiany przez niego artysta jest tak płodny. W końcu Jake ma 23 lata, cztery longplaye na koncie i głowę pełną pomysłów. Słuchając „Hearts That Strain” odnoszę jednak wrażenie, że Bugg nie tyle kroczy naprzód, co po raz czwarty wydaje ten sam album. Postęp pod względem psychologicznym jest rzecz jasna oczywisty. Jake brzmi doroślej niż na debiucie, bardziej profesjonalnie; słychać, że muzyka stała się jego fachem, a nie jednorazową zabawką genialnego dziecka. Mimo to nie da się jej nie zarzucić podobnych błędów, co każdej poprzedniej. Podobnie jak pochwalić za te same elementy. Ujmując to w jednym zdaniu: fantastyczne piosenki, jednak dosyć nierówna, mało absorbująca płyta.

Krążek otwiera się rewelacyjnie – piosenka „How Soon the Dawn” to Brian Wilson z lat 60. Wracamy do czasu surferów, kalifornijskich plaż i truskawkowych shake’ów. Wpływów na muzykę Bugga jest oczywiście więcej – Bob Dylan, Roy Orbison, George Harrison, Tim Buckley. Wszyscy oni to cudowni bardowie z innych epok, hołdujący innej estetyce i poetyce. A jednak dla całej piątki znamienne jest jedno: to giganci z innych czasów, analogowych, rustykalnych, papierowych. Każdy w widmie wojny, tak jak i Bugg. W roku 2017, gdy ludzkość powoli traci kontrolę nad rozwojem technologii, rustykalna muzyka Bugga pada na paradoksalną, acz żyzną glebę. Bardowie z grzywkami i gitarami akustycznymi, śpiewający do starych mikrofonów zbierających, to manna dla mas. To czysta muzyka, taka jaka cieszyła naszych ojców i dziadów, gdzie liczył się talent, pióro, brzmienie i odrobina uroku. Oni nie znali ruchu w sieci, klików, instagramów i lajków. Skupiali się na muzyce, która wówczas była naga.

Jake Bugg to właśnie naga muzyka. Trochę rock’n’rolla, ballady, folku, odrobina bluesa. To jest właśnie zaleta tej muzyki, która ignorując ogłupiającą technologię, pokazuje gdzie drzemie sedno. Jake potrafi wiele, czasem ponuro i socjalnie („Hearts That Strain”), czasem bardziej kiczowato, pod publiczkę („Indigo Blue”, „The Man on Stage”). Bywa sielankowo – „How Soon the Dawn”, „Southern Rain” – a kiedy indziej frapująco – „In the Event of My Demise”. Grunt, podchodzi do sprawy niebanalnie, epatując pomysłami na dobrą piosenkę. Czasem  zaciągnie artystycznie niespokojnym Dylanem, czasem też, bardziej jak piosenkarz estradowy, umizguje publiczności. I to wszystko jest naprawdę fajne; szkoda tylko, że można to powiedzieć o każdej płycie Bugga. Ale widocznie bardowie tak mają – ich krążki są nie tyle rozwojem, co ciągiem dalszym. Ale on ma dopiero 23 lata i nadal wygląda jak mały Justin Bieber z fryzurą Paula Wellera. Dla niego nadal trwa zabawa. 


Autor: Jakub Oślak