Recenzje

2017-10-23
Godspeed You! Black Emperor - "Luciferian Towers"
„Luciferian Towers” nie proponuje niczego nowego, czego nie moglibyśmy się spodziewać po Godspeed. A mimo to, zaskoczenie jest i chwyta za gardło od pierwszych minut" - to zapowiedź recenzji nowej płyty formacji Godspeed You! Black Emperor. Całość tekstu autorstwa Jakuba Oślaka poniżej.
Wykonawca: Godspeed You! Black Emperor
Wytwórnia: Constellation Records
Rok wydania: 2017

Płyty Godspeed You! Black Emperor otoczone są pierwiastkiem rytualności i nabożeństwa. Nie da się ich tak po prostu włączyć i słuchać; podobnie jak Dead Can Dance czy King Crimson, trzeba odczekać i wyczuć dobry moment, aby je nastawić. Powinno być  szaro-buro na zewnątrz, najlepiej w jesienny weekend, aby zza okna dochodziło wycie wiatru. Warto, aby nośnikiem był winyl, nie tylko dla „cieplejszego” brzmienia, ale dla różnych ciekawostek, jakie zespół umieszcza w kopertach płyt – ulotek, fotografii, rysunków, a nawet kanadyjskich centówek. Wszystko co Godspeed robi jest rustykalne, rdzewiejące, analogowe, poblakłe i podrapane. W ich estetyce przewija się motyw starzenia przedmiotów martwych – pociągów, latarni, budynków, całych miast i ich mieszkańców. To muzyka zwiastująca apokalipsę, jaką sami na siebie sprowadzamy. Niby bez słów, ale z jasnym przekazem: winne są granice, wojny, więzienia, brak poszanowania praw człowieka oraz bezdenna chciwość. Winni są polityczni prowokatorzy i przemysł zbrojeniowy, winne są korporacje i sieci supermarketów, winni są ci, którzy zabijają naturę, aby stawiać złote cielce, oczywiście rękami emigrantów. Winni są „eksperci od rozpierdalania świata, którzy raz na zawsze powinni zamilknąć.”

A jednak, mimo całego swojego gniewu, muzyka Godspeed jest piękna i napawa dobrą energią. Każdy ich występ na żywo otwiera się improwizacją umownie zatytułowaną Pomrukami nadziei. To kluczowe słowo. Ich muzyka – harmonijny hałas, od kropli deszczu po erupcje Wezuwiusza - oczyszcza ogniem z gniewu i nastraja pozytywnie na kolejne jutro. Godspeed wiedzą, że nie powstrzymają kolejnej intifady na Zachodnim Brzegu Jordanu, ani zamieszek w Atenach; nie zmuszą władz Quebecu do zaprzestania wycinki puszcz (brzmi znajomo?) i wysiedleń Innuitów. Ale wiedzą, że mogą zwrócić uwagę na te sprawy, uwolnić gniew i ukierunkować go na właściwe tory. Od kiedy wrócili po 10 latach przerwy, nie opuszcza ich nowe natchnienie. „Luciferian Towers”, trzeci z „nowych” albumów, to bezdyskusyjny triumf, dowód doskonałej passy i ciągłego rozwoju. Nasz kolektyw nadal chowa twarze przed światłem, chociaż fani bez problemu rozpoznają na ulicy Efrima Menucka, Sophie Trudeau czy Mike’a Moye. Nie o twarze jednak tu chodzi, ale o siłę muzyki i niepokój przekazu. Obcowanie z muzyką Godspeed, z płyty lub na żywo, to przeżycie z najwyższej półki, estetyczne, emocjonalne i poznawcze. Warto znaleźć dobry czas na wysłuchanie takiej płyty.

Przechodząc wreszcie do rzeczy, „Luciferian Towers” nie proponuje niczego nowego, czego nie moglibyśmy się spodziewać po Godspeed. A mimo to, zaskoczenie jest i chwyta za gardło od pierwszych minut. Grają lepiej, bardziej melodyjnie, mroczniej i silniej niż kiedykolwiek wcześniej. Ich siła jest z większym stopniu kreowana samymi instrumentami, niźli ozdobami (samplami, taśmami, efektami), co świadczy o rozwoju. Nie ma ciekawostek, jest za to natchnione rzemiosło; łatwo jest bowiem błysnąć pomysłem, trudniej zaś otoczyć go spójną konstrukcją albumową i logicznym umiejscowieniem. Coś co czasami denerwowało kilkanaście lat temu – nachalność, przewidywalność, parcie na taśmę – nie ma tu miejsca. Godspeed brzmi lepiej i bardziej kolektywnie niż kiedykolwiek mogło im się wydawać. Warto przypomnieć, że jest to zespół, który w świecie ściga się wyłącznie ze sobą; nikt bowiem nie zbliżył się do nich choćby na wyciągnięcie ręki (ewentualnie Swans lub Mogwai). Są jak odradzająca się kometa, która eksploduje powszechnym oświeceniem, aby reinkarnować w nieważkości i nieskończoności. Nie mam złudzeń i ich nie pozostawiam: słuchanie ich płyt to przygoda, doskonały film lub podróż w nieznane. (ten krążek  tak szybko się kończy)

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden element. Muzycy którym udało się odnaleźć złote runo wielokrotnie popadają w stagnację, wydając cały czas ten sam album. Pozornie Godspeed jest łatwo zarzucić i to; jednakże, gdy wsłuchamy się głębiej oraz skontrastujemy „Luciferian Towers” z odległym o 20 lat kanonem ich muzyki, stwierdzimy jak duży postęp uczynił ten zespół w tej niełatwej muzyce. Oraz, i tu całe sedno siły nowego albumu, jak konsekwentnie brnie on naprzód bez zapędzania się w ryzykowne wolty eksperymentu i poszukiwania. Godspeed nie tyle poszukują, co szlifują to, co już osiągnęli. Ich brzmienie jest głębokie i ostre jak brzytwa; jest jak ogień – ciepłe i niebezpieczne. Bardzo łatwo je przedawkować, lub zanieczyścić – nieodpowiednimi okolicznościami, złym humorem, zbyt głośno lub cicho ustawionym potencjometrem. To muzyka, która wymaga: znajdź czas aby mnie posłuchać, zdobądź się na maksimum uwagi, wyłącz telefon, nastaw adapter; ewentualnie możesz łazić po pokoju, bo i tak nie usiedzisz spokojnie. Gdy nam się to uda, zostaniemy wynagrodzeni – harmonijnym hałasem, który naładuje nas jak najlepszy techniczny death metal, ale jednocześnie zachwyci pięknem i frapującym przekazem. Właśnie takie zespoły są najcenniejsze dla ludzkości. 

Autor: Jakub Oślak