Recenzje

2017-11-21
Morrissey - "Low In High School"
"Tym razem, jednakże, jestem na nie. „Low in High School” to bardzo nierówna płyta, której wierzchołki nie rekompensują nizin" - tak podsumował nowy jedenasty album Morrisseya nasz recenzent Jakub Oślak.
Wykonawca: Morrissey
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2017

Miejsce Morrisseya w historii muzyki rozrywkowej nie podlega dyskusji. Wpływ jego tekstów, wokalnej maniery, wysokiej inteligencji oraz scenicznej osobowości widać i słychać do dziś. Swoją bogatą, pokręconą i niejednoznaczną postacią inspiruje nie tylko młodszych wokalistów, ale i dziesiątki fanów jak świat długi i szeroki. Poetyckie teksty, język tnący jak brzytwa, świadome swojej wielkości ego, fochy primadonny, bezkompromisowa walka do prawa zwierząt. Morrissey to ucieleśnienie skrajności: dandysa i misjonarza, poety i gwiazdora, ikony popu i wiecznego samotnika. Dość powiedzieć, wszystko co Morrissey robi, pisze, mówi i śpiewa jest jego dalszym ucieleśnieniem, z charakterystycznym poczuciem humoru, pewnością siebie, oraz niekończącą się prowokacją. Filmy, książki, t-shirty, przerwane koncerty, nagłówki prasowe; Morrissey to gwiazdor w starym stylu. Jest żywą legendą, nawet jeśli dużo w nim autokreacji. Tylko gdzie w tym wszystkim podziała się muzyka?

Gdyby macierzysta formacja Morrisseya The Smiths ponownie spotkała się na scenie, byłoby to wydarzenie ważniejsze, niż come back Genesis w złotym składzie, Cocteau Twins oraz Abby. Tak się jednak nie stanie; nasz bohater prędzej zje własne jądra, niż stanie na scenie obok Johnny’ego Marra, Andy’ego Rourke, a nade wszystko Mike’a Joyce – a to dużo mówi o nim jako długoletnim weganinie. Pozostaje nam zatem Morrissey solo, z całkiem sporym arsenałem piosenek, który stale się powiększa. Jednakże jego nowa płyta „Low in High School” to mówiąc krótko niewypał. Już poprzedni krążek dawał do myślenia, w negatywnym znaczeniu, a nowe dzieło tylko pogłębiło te dylematy. Chociaż 5 pierwszych utworów, ze „Spent the Day in Bed” włącznie, to świetne numery! Przebojowe, wartkie, momentami taneczne, raźno wykorzystujące zarówno gitary jak i elektronikę. No i rzecz jasna, te teksty, śpiewane tym fałszująco-jodłującym głosem sympatycznego narcyza. Cały Morrissey!

Jednakże z każdą kolejną piosenką słuchacz zaczyna dostawać coraz to dziwniejsze wiadomości i bardzo ambiwalentny przekaz. Za dużo słów, za długie wersy i zwrotki, za mało muzyki. To jest coś, z czym często borykają się wybitni tekściarze (chociażby Kazik Staszewski): ich piosenki bywają przegadane. Dokładnie tak wygląda druga połowa nowej płyty Morrisseya. Za dużo gadania, plucia jadem, wikłania się we własne metafory oraz uderzania słowami prosto z mostu, jak pięściami. Morrissey ma nam niewątpliwie dużo do przekazania: jest tu sporo o Anglii i Stanach, jest bardzo wiele o Izraelu, jest o terrorze policyjnym oraz bezmyślności sił zbrojnych. Dostaje się po łapach społeczeństwu, politykom, telewizji, nauczycielom (jak zwykle), wymiarowi sprawiedliwości (nic nowego), Kowalskim, amatorom Brexitu oraz pustostanom umysłowym. Niewątpliwie, Morrissey ma gadane; nie mam jednak pewności, czy muzyka to wciąż właściwe dla niego medium.

Jego piosenki zamieniają się bowiem w gadkę opętanego kaznodzieji, którego traktuje się równie poważnie, co mówców z Hyde Parku. Co gorsza, im więcej gada, tym muzycy coraz mniej za nim nadążają. To nie służy dobrze piosenkom, wśród których taki wers jak Everything I know deserts me now, when you open your legs brzmi jak uderzenie twarzą o podłogę. Nie mam pewności, czy jest we mnie na tyle tolerancji, odporności oraz zrozumienia, aby podążać za każdym słowem Morrisseya. Ufam, że wie co robi. Ufam, że David Bowie oraz Gene Pitney patrzą na niego z góry i bawią się setnie. Ufam, że podobnie jak David Johansen, tak i Morrissey jest anarchistą popu i wie co robi. Ufam, że jest w Morrisseyu jeszcze wiele dobrego, nieskrępowanego talentu, aby napisać tak dobrą płytę jak „Vauxhall and I”. Tym razem, jednakże, jestem na nie. „Low in High School” to bardzo nierówna płyta, której wierzchołki nie rekompensują nizin. Ale to już mój problem, nie Moza. 


Autor: Jakub Oślak