Recenzje

2017-11-23
Peter Hammill - "From The Trees"
"From The Trees" to nowy album Petera Hammilla po raz kolejny przedstawaiający jego balladowo-akustyczne wcielenie. Płytę zrecenzował dla nas Jakub Oślak.
Wykonawca: Peter Hammill
Wytwórnia: FIE! / Sonic Records
Rok wydania: 2017

Wszyscy mamy w rodzinie takiego kuzyna, albo sąsiada w bloku, który pełni funkcję czarnej owcy. To ten krzywy ząb wśród reszty klawiatury, to jedno obite jabłko w koszyku czerwonych owoców; szkoda wyrzucać, ale odstaje od reszty. Owa czarna owca nie stroi od kieliszka, a jak wypije to rzuca koszarowymi dowcipami oraz miesza całe otoczenie z błotem. Bo wokół same świnie, owce i małpy; bo przyjaciele to zdrajcy, a wszystkich ludzi toczy korupcja, chciwość i nieskończona głupota. Precz z systemem, precz z kościołem, precz z ludźmi, precz w wami wszystkimi. I nawet jeśli zgadzamy się z tym co mówi – to i tak nikt nie bierze go na poważnie; bo pije, bo jest na lekach, bo aż się prosi. Wczoraj zresztą ktoś mu obił pysk na ulicy...

Peter Hammill to taki właśnie wuj, albo sąsiad z bloku, pełniący funkcję lokalnego świra. Jest nieprzewidywalnym i nienasyconym artystą, który lubuje się w zadawaniu światu ciosów ostrzem swojego języka. Jego nieformalny tytuł największego ponuraka rocka nadal obowiązuje, chociaż styl uległ przez lata znaczącym zmianom. Za czasów Van der Graaf Generator uchodził za twórcę bezkompromisowego, który kompleksową muzyką i lirycznymi szaradami stworzył labirynt nie do przebrnięcia; jeśli ktoś uważa Jethro Tull lub King Crimson za trudne w odbiorze, ewidentnie nie próbował jeszcze VDGG. Tymczasem Hammill solo to artystyczna anarchia, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone i skrzętnie w tym celu przez niego wykorzystywane.

Siadając do jakiejkolwiek płyty Hammilla należy oczekiwać nieoczekiwanego: może być dramat i patos, może być kakofonia i elektronika, może być ballada i akustyka. „From The Trees” należy właśnie do tej ostatniej kategorii. To forma do jakiej Hammill przyzwyczaił swoich słuchaczy w wydaniu na żywo: gitara, pianino i ja. Nowy album przyozdabia jeszcze chór – lawirujący między harmonią a awangardą. Sens pozostaje w osobie Hammilla: na krześle, z gitarą na podołku, z rezerwą i jadem wobec świata – a mimo to pełen wrażliwości i godności. Jego piosenki są bolesne, ale hipnotyzujące; przyciągają tym rodzajem magnetyzmu, jaki odczuwamy wobec skrzywdzonych zwierząt, gotowych z nieufności wobec katów ukąsić każdego.

Mimo to, słuchając takich piosenek jak „My Unintended”, „Charm Alone”, czy „Milked” można odczuć nie tylko ból i niepokój, ale także ukojenie i harmonię ze światem. Podobnie jak na poprzednich krążkach („And Close As This”, „None of the Above”), atmosfera jest intymna i łagodna. W panującym półmroku Hammill usiłuje wyciągać rękę do słuchacza, uchylić rąbka tajemnicy i głębi swojego talentu. Jego głos jak zwykle frunie na wielu poziomach, od kojącego śpiewu bo typowe jazgotliwe wrzaski. Niewątpliwie, trawi go, lub też jego twórczą postać, gorycz i niechęć; lecz nawet one można przedstawić w sposób piękny. Chociażby taki jak finałowy utwór „The Descent”, w stylu Marka Hollisa, który uważam za najsilniejszy punkt na płycie. 

Autor: Jakub Oślak