Recenzje

2017-12-02
Noel Gallagher's High Flying Birds - "Who Built The Moon"
Były mózg grupy Oasis powrócił z trzecią płytą projektu High Flying Birds.
Wykonawca: Noel Gallagher's High Flying Birds
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2017

Rok 2017 upływa pod znakiem braci Gallagher. Oasis się nie reaktywowało, ale za to Liam i Noel wydali swoje solowe, konkurencyjne płyty. Oni dobrze wiedzą jak to działa na wyobraźnie fanów; sami w końcu „konkurowali” z Blur w latach 90. High Flying Birds to praktycznie sam Noel, mimo iż wspomagany w studiu przez doborowy zestaw muzyków. Podobnie jak w przypadku poprzedniego longplaya, tak i teraz ster produkcyjny został powierzony artyście kojarzonym z muzyką elektroniczną. To słychać od razu; otwierający płytę „Fort Knox” to jedno wielkie instrumentalne intro, z elektronicznym rytmem, zmiksowanymi chórami oraz ekstatycznym potencjałem prosto z manchesterskiej Haciendy. Myślę sobie, jak nic Gallagher powierzył płytę opiece Chemical Brothers, których przecież doskonale zna. Niewiele się pomyliłem. Płytę wyprodukował David Holmes, ozdabiając ją atmosferą elektryzującą i nieprzewidywalną, a jednocześnie przebojową. To jeden z tych krążków, gdzie każdy numer nadaje się na singla.

Tylko co z tego, skoro na strategicznej, drugiej pozycji Gallagher umieścił TO – czyli „Holy Mountain”? Jest to utwór straszny, przywołujący skojarzenia z pubowym soft/glam-rockiem typu Slade czy Smokie. To coś jak odrzut z taśmy produkcyjnej Electric Light Orchestry. Sam Gallagher twierdzi, że to jedna z jego najlepszych piosenek – gdyż podoba się jego dzieciom. Moim zdaniem nie nadaje się do słuchania, a autor takich petard jak „Live Forever” czy „Some Might Say” powinien się wstydzić. Noel jest jednym z najlepszych kompozytorów w rock’n’rollu jakich kiedykolwiek mieliśmy. Jest jak Brian Wilson, Jeff Lynne albo Pete Townsend – niezwykle wrażliwy, ale dysponujący wizją i potrafiący ją narzucać innym. W przypadku „Holy Mountain” ta wizja gdzieś umyka, albo przynajmniej ja jej nie rozumiem. Tym bardziej, gdy wsłuchamy się w dalszą część płyty, jeśli nie zostanie ona raptownie wyłączona w trakcie „Holy Mountain”. Nie dziwię się wcale, dlaczego Liam publicznie wyśmiał nową kompozycję brata.

Co ciekawe, dalej album wraca na właściwe Gallagherowi tory, czyli w stronę dobrych, nieszablonowych kompozycji. O ile Liam na swojej „As You Were” postanił na sprawdzone patenty, o tyle Noel kombinuje w wielu kierunkach jednocześnie. Kolejne piosenki rzucają coraz więcej tematów i środków stylistycznych, usiłując wymacać twardy grunt między falami elektroniki a rock’n’rollem. Nic dziwnego, że sporo numerów z „Who Built the Moon?” brzmi jak Primal Scream albo New Order. Z lewej strony bogate aranżacje, z chórami, sekcjami dętymi oraz zaprogramowanym rytmem, które z powodzeniem odnalazłyby się na „Screamadelica”. Z prawej – melodyjne basy - znak firmowy Petera Hooka - energiczne gitary, pętle i taneczne klawisze. New Order zawsze byli wzorem dla Noela, ale nigdy nie miało to odzwierciedlenia w brzmieniu Oasis. Teraz Noel może wszystko i nikt nie będzie mu robił koło pióra, grymasił, demolował studia, wystawiał do wiatru. Ta wolność artystyczna jaka bije z nowej płyty budzi prawdziwy podziw.

Podziw, ale też zakłopotanie. O ile każda z nowych piosenek brzmi doskonale (oprócz „Holy Mountain”), o tyle cały album wypada dosyć dziwnie. Trudno jest doszukać się w nim jakiejś spójności, być może poza tą, aby poodcinać się od typowych dla Noela piosenek. Jest to krążek nierówny, gdzie obok dymanitu leżą niewypały. Jest to jakieś echo faktu, iż w nagrywaniu płyty wzięło udział ponad 20 muzyków, nie licząc chóru. Być może Noel usiłuje znaleźć ujście swoich szerokich horyzontów; a może po prostu szuka po omacku? Co do jednego nie mam wątpliwości: okładka jest najlepsza z tych, jakie dotychczas zdobiły front płyt High Flying Birds. Wystarczy trochę mniej ego, a więcej wrażliwości; co także ma przełożenie na muzykę. Na pewno słychać to w „Keep On Reaching”, „It’s a Beautiful World”, „Be Careful What You Wish For” oraz „Black & White Sunshine”. Co do płyty jako całości – mam wątpliwości. 


Autor: Jakub Oślak