Recenzje

2017-12-05
U2 - "Songs Of Experience"
Po 3 latach czekania otrzymaliśmy nowy album U2. Jak płyta "Songs Of Experience" wytrzymuje porównania z poprzednimi dokonaniami tego zespołu? O tym dowiecie się z naszej recenzji albumu.
Wykonawca: U2
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2017

„Jeśli podoba wam się "Songs of Innocence", bądźcie z nami i czekajcie na "Songs of Experience". Płyta powinna być niedługo gotowa... choć wiem, że już coś takiego kiedyś powiedziałem...”. Taki komunikat nadał nam wszystkim Bono na stronie internetowej zespołu U2 chwilę po udostępnieniu za darmo na portalu iTunes albumu „Songs of Innocence”. Był wrzesień 2014 roku. Potem zaczął się tradycyjny w ostatnich latach festiwal w wykonaniu zespołu pod tytułem: Dlaczego premiera płyty będzie opóźniona? A to wydarzenia polityczne (Brexit, Trump), a to wypadek rowerowy Bono, a to poważna – jak mówią członkowie zespołu, bo więcej szczegółów nie znamy – choroba wokalisty. Po drodze dostaliśmy jeszcze nauki Bono na temat polskiej demokracji i rocznicową trasę z okazji 30-lecia „The Joshua Tree”. Teraz w końcu przyszedł czas na premierę nowej płyty.

Odnoszę wrażenie, że w ostatnich latach modnie jest jechać po U2 jak po łysej kobyle. Tyle, że kapela osobiście wspomaga swoich krytyków. Udostępnienie za darmo „Songs of Innocence” nie okazało się sukcesem. Kontrowersyjna okładka tamtego albumu (tym razem  nie powinno być aż takich kontrowersji – na okładce trzymający się za ręce syn Bono, Eli oraz córka The Edge’a, Sian). Do tego poziom muzyczny, który w ostatnich latach szedł w dół. Po pierwszym przesłuchaniu „You’re The Best Thing About Me” nie byłem zachwycony, delikatnie mówiąc. Taka zwykła piosenka. Ale mijał czas, a utwór nie potrafił wyjść z głowy. Panowie nie zapomnieli, jak robić piosenki. W najbardziej piosenkowym tego słowa znaczeniu. Może krytyka stąd, że U2 zrobiło fajny, prosty, chwytliwy kawałek bez zbędnego kombinowania i cudactw. Jaka jest cała płyta?

Zaczyna się naprawdę dobrze. Spokojne, stonowane wejście - „Love Is All We Have Left”, gdzie nawet zastosowanie auto-tune’a nie razi, a wręcz pasuje do utworu. Jednym z najmocniejszych, jeśli nie najmocniejszym punktem płyty jest „Lights of Home”. Melodia, gitara The Edge’a, chórki i jeszcze fortepian w roli uzupełnienia. Bardzo ładnie to wszystko gra. Dalej znane już nam single - „You’re The Best Thing About Me” i „Get Out Of Your Own Way”. W przypadku tego drugiego utworu myślałem, że ma taki początek jaki ma, bo jest jakoś wkomponowany w album, a tu się okazuje, że rzeczywiście ma taki początek z niczego. Ale sam utwór fajny i chwytliwy. Na jego koniec pojawia się Kendrick Lamar ze swoją wstawką. Taka wzajemna pomoc – my Ci zaśpiewamy w Twojej kompozycji (XXX.), a Ty w naszej. Płynnie przechodzimy do „American Soul”, czyli muzycznie odpowiednika „Volcano” z poprzedniej płyty. Nawet podobnie do niego brzmi. I tym utworem zaczyna się opadanie poziomu płyty w dół.

Ze środkowego fragmentu albumu dużego plusa mogę przyznać „Red Flag Day” (czyli U2 spotyka Red Hot Chili Peppers). Malutkie plusiki dla „The Little Things That Give You Away” (ballada z budowaniem napięcia) i „Landlady”. Ładne piosenki. I tylko tyle. A co do reszty – o „American Soul” już wspominałem. „Summer of Love” kojarzy mi się dzięki przewodniemu riffowi z letnimi przebojami komercyjnych stacji radiowych granymi do znudzenia. Miano najgorszego utworu na całej płycie przypada „The Showman (Little More Better)”. Jak to mawia młodzież – WTF? Pod koniec wracamy do dobrego poziomu. „The Blackout” - bardzo jasny punkt płyty. Funkujący, taneczny rock z chwytliwym refrenem. Kompozycja, która powinna bardzo dobrze zabrzmieć na koncertach. Gdy uwolni się tam energia tego utworu, będzie moc. „Love Is Bigger Than Anything In Its Way” - utwór z dawką patosu. Mimo tego, broni się dość dobrze. I na sam koniec dostajemy „13 (There Is A Light)”. Czyli „Song For Someone” - wersja 2.0. Dosłownie. Chęć budowania konceptu łączącego „Songs of Innocence” z „Songs of Experience” była duża – tak przynajmniej podejrzewam. Stąd ta kompozycja na zakończenie. Tyle, że wychodzi z tego zamysłu co najwyżej taki sobie koniec albumu.

Jeśli ktoś chce, to może posłuchać sobie posłuchać jeszcze czterech dodatkowych utworów w wersji Deluxe. Czyli gorszą wersję „Ordinary Love” podpisaną jako Extraordinary Mix, naładowany aż do przesady DJ-skością remiks „You’re The Best Thing About Me” autorstwa Kygo, „Lights of Home” (St. Peter’s String Version) –  wersję z kwartetem smyczkowym i jeszcze jedną nową kompozycję - „Book of Your Heart”. Bardzo przyjemny utwór z dominacją elektroniki. Lepszy od kilku piosenek z podstawowej wersji.

Jak podsumować „Songs of Experience”? Nie ma tragedii. Ale powodów do padania na kolana też nie ma. Są dobre chwile, zwłaszcza na początku. Tyle, że momentów naprawdę wybitnych jest mało. Taka kolejna płyta, której dobrze się słucha i poza tym niewiele więcej. Czasem coś zwróci naszą baczniejszą uwagę, ale w większości spłynie po nas. Może i nam się spodoba, ale czy za kilkanaście lat będziemy o niej pamiętać? Do tego wrażenie pojawiające się podczas słuchania niektórych utworów, że U2 chce naśladować w swoim brzmieniu  Coldplaya. Zespół dostarczył tą płytą kilku kolejnych argumentów przeciwnikom. Jak zwykle były osoby naiwnie liczące na drugie „War” lub „Achtung Baby”. Trzeba wybić sobie te myśli z głowy. Nie zmienia to faktu, że każda nowa płyta U2 jest konfrontowana z  największymi dokonaniami. A „Songs of Experience” nie jest albumem, który zrewolucjonizuje muzykę i nasze postrzeganie świata. Choć akurat tego drugiego Bono być może by chciał.

W przyszłym roku zespół znów będzie w trasie. Mówi się, że po 9 latach przerwy ponownie pojawi się w Polsce. Bilety pewnie będą się dobrze sprzedawać. Ale będzie to bardziej zasługa nazwy i wcześniejszych dokonań niż wersji U2 A.D. 2017. Tak się zastanawiam, czy „Songs of Experience” mogłoby dobrze spełniać rolę prezentu na Boże Narodzenie. W czerwcu wyszła jublieuszowa reeedycja „The Joshua Tree”...


Autor: Marcin Knapik