Recenzje

2018-01-29
Franz Ferdinand - "Always Ascending"
Aż 5 lat wypatrywaliśmy nowej płyty Franz Ferdinand. Czy było warto tyle czekać? Na to pytanie odpowiedział nasz recenzent Jakub Oślak.
Wykonawca: Franz Ferdinand
Wytwórnia: Domino Recording Company / Sonic Records
Rok wydania: 2018

Długo kazali nam czekać na swój nowy, studyjny krążek. Tym bardziej, że ich poprzedni „Right Thoughts, Right Words, Right Action” nie zachwycił. Zespół musiał wrócić do punktu wyjścia, rozpatrzyć po co właściwie zabrali się kiedyś za robienie muzyki i jakie cele przyświecają im dziś. Nie zapominajmy, że w międzyczasie muzycy FF zajęci byli skądinąd doskonałym projektem FFS, razem z braćmi Mael z zespołu Sparks; stąd nazwa, chociaż brytyjczycy mają zupełnie inne jej rozwinięcie. Grunt, że nowa płyta macierzystej ekipy Alexa Sopranosa po prostu musiała być doskonała: dopracowana, świeża, natchniona, nowoczesna i rewitalizująca. Czy to im się udało?

Już sam tytuł „Always Ascending” sugeruje, że zespół mierzy tylko i wyłącznie wysoko. Nie ma wątpliwości, że osią ich dotychczasowej kariery pozostaje debiutancki album, który ustawił wszystko; a ich najbardziej rozpoznawalny przebój „Take Me Out” to nadal obowiązujący hymn pokolenia. Oczywiście nie można żyć przeszłością, tylko wciąż tworzyć siebie od nowa. FF doskonale to rozumieją; i choć ich nowy album rewolucji w temacie nie przynosi, to jednak jest wyraźnym sygnałem jak najbardziej poważnych zamiarów tej grupy muzyków. Ma być rock’n’rollowo, ma być nowocześnie, ma być przebojowo, ale i inteligentnie. I „Always Ascending” takie właśnie jest.

Być może powinienem był od tego zacząć, ale w szeregach grupy nastąpiły zmiany. Odszedł Nick McCarthy, a doszli Dino Bardot i Julian Corrie. Już sam ten fakt sugeruje, że nowa płyta będzie czymś świeżym, nowoczesnym, z udziałem elektronicznego serum wygładzającego zmarszczki. Gdy słucham otwierającej piosenki tytułowej, padam na ziemię z wrażenia. Ci goście nie żartują! Totalna zmiana, mniej rock’n’rolla, więcej elektroniki, efektów, rytmów i kolorowych świateł. Nie mam wątpliwości, że właśnie ten numer będzie otwierał ich koncerty, gdyż jest urodzonym, genialnym openerem. Nawet trochę zbyt genialnym, jako że reszta krążka za nim nie nadąża, co mocno mnie zdziwiło.

Z całą pewnością jest inaczej; brzmienie jest bardziej kombinowane, zdecydowane na poruszanie się trudniejszymi korytarzami, niż każdy z poprzednich krążków. Tamto już było, teraz zróbmy to inaczej – i na tym polu pełen sukces. FF nadal mają za imperatyw dobrą zabawę tłumu, jak i zadowolone pomruki krytyków. Ma być szał, mają być skoki i taniec; ale ma to być inteligentne, wypływające z osłuchania i traktujące słuchacza poważnie, tak jak i oni sami chcą być traktowani. I znowu – pełen sukces. „Always Ascending” porywa i budzi podziw, jest powiewem świeżości tam, gdzie poprzedni krążek nie dawał rady. Mimo, iż jak większość płyt na tym świecie ma swoje wyraźne wady.

Pierwszą z nich jest wspomniana nierówność materiału. Bo istnej torpedzie jaką jest tytułowa, otwierająca kompozycja przychodzi test porwania uwagi słuchacza jeszcze wyżej. Nie do końca jest to możliwe, dlatego że cały czas myślę o tej doskonałej, rockowo-dyskotekowej piosence. I kiedy płyta się kończy, mam ochotę puścić ją od początku – tylko i wyłącznie dla tego początku. To trochę krzywdzące dla reszty materiału, ale tak właśnie go napisali i ułożyli. Z całą pewnością potencjał tego albumu jest wysoki; trochę pop, trochę indie, trochę alternatywy – wyszła im z tego niezła sztuka. Czy jednak ten krążek zostanie z nami w naszych sercach na dłużej? Mam wątpliwości, ale osądzi czas. 


Autor: Jakub Oślak