Recenzje

2018-02-03
Glen Hansard - "Between Two Shores"
"Between Two Shores" to tytuł nowej płyty cenionego w naszym kraju irlandzkiego barda Glena Hansarda. Recenzję napisał dla nas miłośnik jego twórczości Jakub Oślak.
Wykonawca: Glen Hansard
Wytwórnia: Epitaph / Sonic Records
Rok wydania: 2018

Do muzyki barda z Irlandii nie potrafię podejść w sposób obiektywny. Trochę z przypadku, a trochę z przeznaczenia, jest on moim towarzyszem od wielu lat tak w koncertowych wyprawach, jak i z płyt. Oglądałem Glena na żywo już 12 razy, zarówno gdy siadał sam na stołku z podziurawioną gitarą, jak i stającego na czele smyczkowo-dętego big bandu. Wiele moich osobistych wspomnień koncertowych należy właśnie do niego: gniew w Manchesterze, deszcz w Berlinie, cuda w Amsterdamie, jak i dwa niezapomniane koncerty w warszawskim Palladium. Glen jest powiernikiem magii muzyki od bardzo wielu lat, ale – jak większość z nas – usłyszałem o nim dopiero po filmie „Once”. On tamtej pory stale powraca, z uśmiechem, zaraźliwym entuzjazmem, odrobiną gwiazdy, ale co najważniejsze, muzyką.

Nowy album Glena pt. „Between Two Shores” pozornie nie przynosi nic nowego, czym sympatyczny rudzielec nie uraczyłby nas do tej pory po wielokroć. Mimo to, początek krążka to zaskoczenie. „Roll On Slow” sugeruje zmianę tempa, zmianę klimatu z rockowo-folkowych ballad na rzecz czegoś nowego, z duszą rhythm’n’bluesa. To powiew świeżości w dorobku Glena, z naciskiem na rytm i bardzo swobodną atmosferę. Jednakże już od drugiej piosenki „Why Woman” wraca stare, czego można oczekiwać już po samym tytule. Glen specjalizuje się w piosenkach o miłości we wszystkich jej odcieniach; o jej meandrach, zawiłościach, sinusoidach, wybuchach oraz implozjach. W takim klimacie pozostajemy już do końca krążka – raz bardziej ascetycznie, innym razem z większą pompą.


Glen to godny dziedzic takich postaci jak Dylan, Van Morrison czy Woody Guthrie. W jego graniu i rudobrodym śpiewie słychać też bardziej współczesne nuty Bena Harpera, The National czy Bon Iver. To muzyka u podstaw: facet z gitarą i swoim głosem, wielką wrażliwością i poczuciem humoru. Jego piosenki brzmią jak adresowane wprost do nas, uderzając w czułe punkty większości ludzkich dusz. Być może nie ma w nich jakiegoś nowatorstwa, a wręcz przeciwnie – panuje tu tradycyjność, co widać chociażby na okładce stylizowanej na Berta Janscha, Vana Morrisona, Cohena, Casha czy Dylana.  Glen Hansard oczywiście nikogo nie udaje, tylko dumnie wnosi pochodnię legend pod współczesne, zelektronifikowane strzechy. Sam ma iphone’a na którym nadaje ze znajomymi; sam widziałem.

„Between Two Shores” jest udaną płytą, która wciąga słuchacza w te same nastroje, co poprzedzające ją „Didn’t He Ramble” oraz oczywiście ”Rhythm and Repose”. Ten właśnie krążek ustawił repertuar Glena na długie lata i po prostu nie ma od niego ucieczki. Nowy album w porównaniu z nim ma prawo wypaść trochę blado, mniej pewnie, odtwórczo i bez wiwatu. Uważam, że brakuje mu tego małego dynamitu, który stawia słuchacza na równe nogi i każe wytężyć słuch w stronę dziejących się cudów. Co nie oznacza, że „Between Two Shores” nie daje rady; to stary, dobry Glen, z nieodłącznym irlandzkim amuletem na szyi, rzucający uśmiechami i anegdotami. Siedzi tuż obok nas i śpiewa tylko dla nas, z oddaniem godnym muzyka ulicznego, lecz profesjonalizmem weterana. Erin go Bragh!

 

Autor: Jakub Oślak