Recenzje

2018-02-07
Justin Timberlake - "Man of the Woods"
Jeden z najpopularniejszych obecnie wykonawców muzyki pop po pięciu latach wydał nową płytę. Następcę dwuczęściowego “The 20/20 Experience”.
Wykonawca: Justin Timberlake
Wytwórnia: RCA / Sony Music Poland
Rok wydania: 2018

Jako, że dodatkowo Timberlake wystąpił niedawno podczas Super Bowl, możemy teraz o nim usłyszeć wszędzie. Pytanie, czy album jest wart aż takiego zainteresowania.

Pierwszy singiel zapowiadający i otwierający płytę - „Filthy” okazał się zmyłką. Choć była to dość obiecująca zapowiedź. Futurystyczny robopop z pompatycznymi refrenami. Nie jest to trop, którym Timberlake podąża w dalszej części albumu. Jeśli ktoś spodziewał się, że pierwszy singiel będzie oddawał to, co będzie na płycie, to może się zawieść. Na „Man on the Woods” artysta próbuje pożenić nowoczesne brzmienia (pop, R'n'B) z muzyką country.

Ma się wrażenie, słuchając płyty i patrząc na okładkę czy otoczkę, że Timberlake chce nam się pokazać jako swój chłop. Taki normalny człowiek, nie wstydzący się amerykańskich korzeni. Co z tego wychodzi? Na przykład nowy hymn rolników - „Midnight Summer Jam” (nie mylić z „Midnight Summer Dream” The Stranglers, bo to zdecydowanie nie ten poziom). Akustyczna gitara, plemienne bębny, cały czas okrzyki podobne do słowa „agro”, a gdy wchodzi harmonijka, to robi się swojsko na całego. Utwór będzie jak znalazł na żniwa. Na samym końcu płyty robi się za to familijnie w utworze „Young Man”.


Muzyka country przewija się przez całą płytę. Przykładem countryrockowa ballada, całkiem udana - „Say Something” zaśpiewana w duecie z Chrisem Stapletonem. Ale na tej płycie dominuje przede wszystkim przeciętność. O większości utworów można powiedzieć: takie sobie piosenki. Fajnie się ich słucha i nic poza tym. Wybijającymi się punktami na plus są funkowy „Sauce”, gdzie słychać inspirację Princem (to tak w kontekście zamieszania wywołanego przez Timberlake’a podczas występu na Super Bowl, a związanego z Princem) i „Livin' Off The Land” z uduchowionymi refrenami. Podoba mi się mimo pojawiających się tam wtrętów. Nawet one mają swój urok. Wyróżnia się też „Montana”, co może być zasługą jej miejsca na płycie (jest czymś żywszym w porównaniu do poprzedzających ją utworów).

Taka sobie ta płyta, pisząc szczerze. Tak sobie fajnie gra i niewiele więcej.  Nie byłem fanem twórczości Timberlake’a i po „Man of the Woods” się nim nie stanę. Może i świat padnie na kolana przed tym albumem, ale ja nie jestem nawet w jednej czwartej skłonu.

Autor: Marcin Knapik