Recenzje

2018-02-12
Turbonegro - "Rock'n'roll Machine"
Norweska grupa Turbonegro będzie jedną z gwiazd tegorocznego OFF Festival. Wystąpi tam w ramach promocji nowego albumu, którego recenzję przygotował dla nas Jakub Oślak.
Wykonawca: Turbonegro
Wytwórnia: Mercury Records / Universal Music Polska
Rok wydania: 2018

Gdy pod koniec lat 70. w USA i Wielkiej Brytanii rodził się punk-rock, jednym z jego ideałów było skopanie zespołów typu Emerson Lake & Palmer z ówczesnego piedestału rockowego szaleństwa. Gdy przewiniemy taśmę 40 lat w przód stwierdzimy, że zespół który bywa nazywany największą innowacją w punk-rocku (to chyba oksymoron) czerpie więcej z Emersonów, niż Ramonesów. I chyba jest w tym jakaś szaleńcza metoda. Norwescy wywrotowcy z Turbonegro istnieją już, z przerwami, ponad ćwierć wieku, ale czymś w rodzaju światowego kojarzenia (no bo nie sławy), cieszą się od względnego niedawna. Zaczynali brzmieniem bliskim Butthole Surfers czy Mudhoney, lecz z czasem za swoją domenę przyjęli tzw. deathpunk. Najprostszą definicją tego pseudo-gatunku jest spotkanie na jednej scenie owych nieszczęsnych Emersonów, Van Halen i Bad Brains. Brzmi komicznie? 

Taka też jest intencja autorów. Wpływów jest tutaj co niemiara, podobnie jak szybkich gitar, vanhalenowskich klawiszy i prog-rockowych didaskaliów. Okładka ich nowej płyty „Rock’n’Roll Machine” to wypisz-wymaluj Boston z czasów debiutu, a plakat wieszczący trasę Turbonegro radośnie wykorzystuję czcionkę Scorpions. To wszystko razem tworzy dość dziwną, ironizującą podróż, pełną odniesień, aluzji i pastiszu, podaną mniej lub bardziej wybrednymi metodami. Poczucie humoru muzyków jest równie dynamiczne co ich riffy i rytm, a słowa kolejnych piosenek ciskają zarówno dowcipem klozetowym, jak i ciętym komentarzem społecznym (trochę jak Big Cyc). Przypomina to oglądanie „Nagiej Broni 2 1/2”, gdzie obok szydzenia ze sztampowych zagrywek kina dostawaliśmy spazmów śmiechu na widok spadających kul kręgielnych na głowę Dr’a Meinheimera.

Pytanie tylko, po co to wszystko? Nigdy nie byłem sympatykiem muzyki dla żartu, mock-rocka w stylu zespołów takich jak Eagles of Death Metal, The Darkness, Tenacious D, czy ostatnio Steel Panther. Chociaż Turbonegro są starsi i lepsi od ich wszystkich razem wziętych, to i tak nie zmienia to faktu, że ich muzyka stoi żartem i parodią. Można do tego podejść na wiele sposobów; w końcu Captain Beefheart i Frank Zappa, wielcy innowatorzy rocka, również nie brali świata zbyt serio. To także dobry test gustów społeczeństwa, które patrzy na wiele spraw przez palce. Najprostszy i najwłaściwszy jest jeden: „Rock’n’Roll Machine” to po prostu dobry rock’n’roll, lepszy niż wszystkie albumy jakie AC/DC nagrali na przestrzeni ostatnich trzech dekad, a nawet dłużej. Ciekawa odskocznia, dystrakcja i pole do popisu dla tych, którzy skojarzyli „o co chodzi”. Ja podziękuję; mimo wszystko, wolę Emersonów.


Autor: Jakub Oślak