Recenzje

2018-03-23
Cochise - "Swans & Lions"
"Dobra płyta" - tak w skrócie można podsumować nowy album formacji Cochise, której oceną zajął się nasz recenzent Maciej Knapik.
Wykonawca: Cochise
Wytwórnia: Metal Mind Productions
Rok wydania: 2018

Co się stanie, gdy w rolę piosenkarza, lidera zespołu muzycznego wcieli się znany aktor? Takich przypadków jest dość sporo. Pierwszy przykład z brzegu – Arkadiusz Jakubik i Dr Misio. Do tego grona możemy zaliczyć też Pawła Małaszyńskiego. Lideruje on kapeli Cochise. „Swans and Lions” to już jej piąte studyjne dokonanie.

Od poprzedniej płyty („The Sun Also Rises For Unicorns” z 2015 roku) nastąpiła zmiana perkusisty. Miejsce Cezarego Mielko zajął Adam „Argon” Galewski. Tyle kwestii personalnych. Na płycie znajdziemy dwanaście utworów. Można je podzielić na te bardziej żywiołowe i te, gdzie ciężar decyduje o bardziej nastrojowym charakterze utworu.

Płyta zaczyna się chwytliwym, rockowym „16”. Następnie dostajemy grunge’owy „Crystal” z niezłą solówką, by znów atmosfera stała się luźniejsza w „Neverland”. Bardzo fajnym motywem basowo-perkusyjnym zaczynającym utwór i powracającym potem w nim charakteryzuje się energetyczne „Tick Tack Toe”. Potem dostajemy sekcję cięższych utworów. Grunge’owy „Beautiful Destroyers” ma początek kojarzący się z Indianami. „Pain of God” wyróżnia się brzmieniowo wśród innych piosenek na albumie. W nim na pierwszy plan wybija się elektroniczny rytm powodujący wraz z oszczędnością brzmienia klimat tajemniczości i mroku.


Jednym z najlepszych momentów płyty jest „Winter”, który można podzielić na dwie części. Pierwsza – skromna w instrumentarium. Można się poczuć, jakbyśmy siedzieli sobie przy ognisku. Druga część – mocniejsza, wyrywa nas z wcześniejszego nastroju. W „Control” wracamy na chwilę do chwytliwego, przyjemnego brzmienia. W wolniejszym „Storm” dostajemy zaś kolejną dawkę grunge’u. Na prawie sam koniec dostajemy dwa utwory, których tytuły to dwie części tytułu płyty „Swans” i „...and Lions”. Pierwszy – mocny i ciężki. Drugi – bardziej agresywny i dość szybki, choć z momentami zwolnienia. Dodatkowo ma epilog – bardzo plemienny, przenoszący nas do Indii. Tak się zastanawiam, czy te indiańskie elementy na płycie nie biorą się z tego, co nasuwa nazwa zespołu. W XIX wieku żył Cochise, czyli wódz Apaczów uważany za jednego z największych indiańskich wodzów Ameryki. Na samo zakończenie zostawiono krótki, spokojny, oszczędny, wolny i tajemniczy „Secrets”.

Czuć na tym albumie ducha Alice In Chains. Czuć dobrego, rockowego ducha. Jeśli ktoś nie próbował zapoznać się z twórczością Cochise, wychodząc z założenia, że kapela z popularnym aktorem na wokalu może nie być gwarancją co najmniej niezłej jakości muzycznej, to „Swans and Lions” może być materiałem, który zmieni zdanie takiej osoby. Bo to dobra płyta jest.

Autor: Marcin Knapik