Recenzje

2018-03-26
Stone Temple Pilots - "Stone Temple Pilots"
Grupa Stone Temple Pilots wydała pierwszy album studyjny po śmierci wokalisty Scotta Weilanda. Jak wypadł debiut wokalisty Jeffa Gutta? Czy warto było czekać na to wydawnictwo aż osiem lat? Tego dowiecie się z naszej recenzji płyty, którą przesłuchał dla nas Jakub Oślak.
Wykonawca: Stone Temple Pilots
Wytwórnia: Warner Music Poland
Rok wydania: 2018

Stone Temple Pilots mają nowego wokalistę. Niejaki Jeff Gutt to uczestnik amerykańskiego X-factora, co już trochę mówi o nowym krążku STP. Ci, co znają choćby pobieżnie ich dorobek płytowy także nie będą zaskoczeni. Nowy album Amerykanów wypełnia taka sama jak zawsze rockowa kasza manna, z wokalistą umiejętnie naśladującym kogoś innego. W przeszłości uchodzili w tłoku – „Purple” i „Core” to znośne krążki, które po eksplozji grunge’u dobrze wtapiały się w tłum sobie podobnych. Jednak sytuacja kolejnych płyt, bez kontekstu panującej mody, sam na sam ze słuchaczem, obnaża ich nijakość. Nawet u szczytu swojej popularności brzmieli jak odrzuty z sesji Pearl Jam; w tamtych czasach nawet niżej podpisany sądził, że ich największy przebój „Plush” pochodzi z albumu „Ten”. Ale to było wtedy; dziś, gdy po grunge’u zostały nam tylko Sub Pop, Mudhoney i legendy miasta Seattle, Stone Temple Pilots stoją kompletnie obnażeni, bez kontekstu muzycznego, od nowa układający swoją niezbyt uchwytną tożsamość. Scott Weiland nie żyje, Chester Bennington także – na miejscu Jeffa Gutta miałbym się na baczności. To właśnie na nim spoczywać będą wszelkie nadzieje sympatyków tego zespołu.

Problem nowej „Stone Temple Pilots” polega na czymś niezwykle łatwym do zrozumienia, ale zabójczo trudnym do naprawienia – jest po prostu nudna. Nie jest źle wyprodukowana ani skomponowana – słychać wyraźnie, że nie stoją za nią amatorzy, tylko ludzie którzy od wielu lat robią w muzyce. To są całkiem dobre numery, mam na myśli takie, które odnajdą się na ścieżce dźwiękowej do filmu z Benem Affleckiem w roli głównej. Tylko że nie tego oczekuje słuchacz, który nie obcuje z muzyką od wczoraj. Amerykanie mają bardzo dobre określenie na tego typu dzieła: middle of the road, czyli środek drogi – unikający odchyleń, skrajności, zapędów, zrównoważony, bez wyrazu, nijaki. To chyba najgorsze, co może spotkać płytę: obojętność słuchacza, który stwierdza po jej wysłuchaniu, że mógł tą godzinę poświęcić na przesłuchanie czegoś innego. Takich płyt są w Stanach Zjednoczonych setki, zawierające marzenia aspirujących muzyków, które nie zdobywają niczego poza poklaskiem rodziny i sąsiadów. Debiutanci mogą sobie na takie płyty pozwolić; ale co w sytuacji, gdy takiego gniota wydaje band z blisko 30-letnim stażem? Takie STP to drugi albo trzeci garnitur rocka, podobnie jak Godsmack, Staind, Creed...


Gdy dokonamy niemożliwego i na czas trwania tego krążka zapomnimy o jakimkolwiek kontekście, nazwach, nazwiskach, śmierciach i grunge’ach – stwierdzimy, z niejaką grozą, że to wcale nie pomaga. Tak jak Scott Weiland zawsze kogoś naśladował, przeważne Veddera i Staleya, tak i Jeff Gutt czerpie z głosów przeszłości, szczególnie ze zmarłego przed 16 laty frontmana Alice In Chains. Pod tym kątem zespołowi należą się gratulacje – znaleźli kogoś, kto brzmi jak Weiland. Tylko że, pomijając tą oczywistą ironię, co z tego?! To co razem nagrali jest muzyką zbędną, wydaną tylko po to, żeby coś wydać, dać znać o sobie; lub też zrobić skok na mainstream, gdzie amerykański middle of the road jest w cenie, tam gdzie królują Bon Jovi i Aerosmith. To rock dobry dla słuchacza, który nie wymaga wiele; są gitary, jest perka, śpiewak wyje i wrzeszczy, jest OK. Są też ballady, bo czasami za kółkiem robi się tęskno. Ważne że kawałki nie są zbyt długie ani przekombinowane... ja jednak oczekuję od muzyki – w jakimkolwiek stylu i gatunku – dużo więcej, niż kolejnego słuchadła.

Autor: Jakub Oślak