Recenzje

2013-08-12
White Lies - "Big TV"
Grupa White Lies nagrała najlepszy album w swej karierze.
Wykonawca: White Lies
Wytwórnia: Universal Music Poland
Rok wydania: 2013

Kup w

Nareszcie! Tak wypada krzyknąć po wysłuchaniu nowego dzieła sympatycznego trio z Londynu. Nareszcie White Lies nagrali płytę niemal idealną, płytę, na jaką zawsze ich było stać, ale która z jakichś powodów nigdy nie powstała. Aż do teraz.

Na pierwszy rzut oka (a właściwie ucha) na "Big TV" White Lies prochu nie wymyślili. Nadal idą prostą ścieżką wytyczoną na pierwszych dwóch albumach. Jest romantycznie i sentymentalnie, nowofalowo jak to w latach osiemdziesiątych bywało i mrocznie. W śpiewie Harry'ego McVeigh'a jest ta sama co zawsze dawka dramatyzmu, wciągającego patosu i smutku. Choć fani White Lies znający wszystkie dokonania zespołu zauważą, że jego śpiew z czasem dojrzał. Harry jest bardzo pewny w tym, co robi. Słucha się go z dużą przyjemnością.

Ale to, co zdecydowanie wyróżnia ten album na tle poprzednich dwóch płyt White Lies, to melodie. White Lies zawsze mieli smykałkę do pisania świetnych piosenek, ale na "Big TV" osiągnęli w tej kwestii apogeum. Każda z dwunastu kompozycji na tej płycie to taka mała perełka. Każda z nich zostawia ślad w umyśle słuchacza i nie pozostawia go obojętnym. Mało tego, wszystkie te piosenki (poza instrumentalnymi "Space I" i "Space II") mają ogromny potencjał komercyjny i każda z nich z powodzeniem mogłaby podbić radiowe listy przebojów.

I co najważniejsze: te 12 utworów idealnie się uzupełnia, tworząc perfekcyjnie przyrządzony koktajl. Jest tu miejsce na gitarowe petardy jak: "There Goes Our Love Again", "Be Your Man" (tak brzmiałoby Tears For Fears w 2013 roku), "Goldmine", jest utwór tytułowy brzmiący jakby wzięto go prosto z klubu z muzyką electro, zmiksowano z gitarami i wrzucono na "Big TV", są chwytające za serce ballady śpiewane przez McVeigh'a dramatycznie brzmiącym głosem ("Change" brzmiące jak dalekie echo dokonań Briana Eno, "Heaven Wait"). Nie zabrakło kilkudziesięciosekundowych, ambientowych przerywników ("Space I", "Space II"), "Tricky To Love" brzmi jak The Cure z ich najmroczniejszych płyt (te niepokojące partie pianina i gotycki nastrój), a chyba najbardziej przebojowe na płycie "Getting Even" idealnie sprawdzi się na parkietach klubów z muzyką "alternatywną". Jest i "First Time Caller", które wpuszcza do tej płyty odrobinę światła i optymizmu. Fajna, klasyczna piosenka poprockowa.

Słuchając "Big TV" można być spokojnym o White Lies i kierunek ich dalszego rozwoju. Forma idzie w górę z każdą płytą, piosenki hulają w rozgłośniach radiowych ("There Goes Our Love Again" i "Getting Even"), a i dane sprzedażowe ze sklepów na pewno będą zadowalające. Żyć, nie umierać! I czekać na ich listopadowe koncerty w Polsce delektując się "Big TV".

Autor: Grzegorz Szklarek


End of content

No more pages to load