Recenzje

2015-09-03
Riverside - "Love, Fear And The Time Machine"
Zakończenie trylogii o współczesnym społeczeństwie mieni się cyfrą 6. Szósty album, sześć słów w tytule i sześćdziesiąt minut muzyki. Wydaje się, że Riverside coraz mniej mają do udowodnienia, dzięki czemu na kolejnych płytach prezentują coraz ciekawsze palety dźwięków.
Wykonawca: Riverside
Wytwórnia: Mystic
Rok wydania: 2015

„Love, Fear And The Time Machine”, bo taki tytuł nosi nowe dzieło grupy, rozpoczyna „Lost (Why Should I Be Frightened By a Hat?)”. Delikatny dźwięk organów Hammonda oraz niezwykle urodziwa melodia refrenu ze słowami Come/Follow we/We’ll Go Down where the river flows/One day/Just you and I/We’ll find the bridge to the neverland natychmiast zostają w głowie. Właśnie. Melodie to klucz, jeśli chodzi o zawartość muzyczną całej płyty. Dowodem niech będzie główny gitarowy motyw z kolejnego „Under the Pillow”. Trzeba przyznać, że dźwięki te są wyjątkowo „jasne” wobec wciąż ponurych tekstów wokalisty, basisty i autora muzyki grupy, Mariusza Dudy. Jeszcze ciekawiej jest  z kolei w „#Addicted”, który rozpoczyna się podobnie do „Luminol” Stevena Wilsona, a przypomina dokonania... a-ha. Zawodzenie wokalisty nie sposób skojarzyć inaczej, niż ze stylem śpiewania Mortena Harketa. Sam utwór natomiast rytmicznie płynie wśród licznych dźwiękowych pejzaży. To idealna piosenka na podróż, a dopełnia ją urodziwa gitarowa coda. Klimatycznie robi się w nieco „nerwowym” „Caterpillar and the Barbed Wire”. Ponownie wyczuwalny jest tu muzyczny duch lat 80. ubiegłego wieku. Natomiast siedmiominutowy „Saturate Me”, to powrót do klasycznego progrockowego grania, utrzymanego jednak w nienachalnym tonie i pozbawionego nadmiernego patosu. Owszem, pobrzmiewają w nim echa King Crimson, odrobiny Genesis, czy nawet Porcupine Tree, ale to wciąż Riverside. Smutno robi się zaś w „Afloat”. Zagrany delikatnie na basie z równie lirycznym brzmieniem Hammonda i przejmująco zaśpiewany, kojarzy się trochę ze słynnym już „Again” Archive. Intrygująco natomiast wypada kolejny „Discard You Fear”. Prowadzony przez sekcję rytmiczną i „drgającym” wokalem, mieni się niepokojem i mocą, by pod koniec przynieść uspokojenie. Nieźle natomiast miesza „Towards the Blue Horizon”. Początkowa delikatna partia gitary i zwiewny śpiew Mariusza przechodzi niespodziewanie w rozbudowaną progrockową suitę. Nastroje podążają od jednego bieguna do drugiego. Na tym tle bardzo przyjemnie pobrzmiewa kolejny „Time Travellers”, przypominający nieco „In Two Minds” z pierwszej płyty zespołu – „Out Of Myself”. No i jak tu nie przyjąć wielokrotnie nuconego w nim zaproszenia podmiotu lirycznego: Let’s get back to the world/That was 30 years ago/And let’s believe this is our time? Płytę wieńczy, a zarazem spina klamrą utwór “Found (The Unexpected Flaw of Searching”. To najradośniejsza piosenka w całym dorobku grupy. Słowa Oooh, it’s a lovely life mówią same za siebie, ale też światło, które przebija się z tych dźwięków po prostu ujmuje.

Riverside ponownie zaskoczył. Po ogromnym sukcesie poprzedniej płyty „Shrine of New Generation Slaves” panowie nie poszli za ciosem, nagrywając bezpośrednią kontynuację tamtego krążka. Przeciwnie. Stworzyli materiał pełen różnych barw, kontrapunktów, nostalgii i emocji, zachowując jednocześnie wypracowany styl, który bez żadnych wątpliwości możemy określić stylem grupy Riverside. 

P.S. Osobnego omówienia wymagałby opis dodatkowego krążka dołączonego do albumu, zatytułowanego „Day Session”. Podobnie jak w przypadku poprzedniego longplaya drugi dysk to instrumentalne eksperymenty zespołu, które w tym wypadku przywodzą na myśl dokonania Pink Floyd, Mike’a Oldfielda, czy klasycznej elektroniki rodem z lat 80.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load