Recenzje

2016-02-01
Dream Theater - "The Astonishing"
Po wątpliwym poprzednim albumie grupa Dream Theater miała szansę na nagranie innej, a przede wszystkim ciekawszej płyty. W przypadku „The Astonishing” najzwyczajniej przesadziła ze wszystkim.
Wykonawca: Dream Theater
Wytwórnia: Roadrunner Records
Rok wydania: 2016

Gdy w ubiegłym roku rozmawiałem z wokalistą Jamesem LaBrie, miałem wrażenie, że mówi do lustra, a nie odpowiada na moje pytania. Był bardzo mocno przekonany o swoim kunszcie, nawet geniuszu oraz niebagatelnej roli, jaką odegrał i nadal odgrywa w Dream Theater. O nagrywanym wówczas albumie nie chciał zbyt wiele mówić. Kilka miesięcy później dostajemy do rąk podwójne wydawnictwo, na które składa się aż 130 minut muzyki. Mógł przynajmniej powiedzieć, że będzie długie... Koncept całości to grupa buntowników, chcąc pokonać straszliwe imperium (przemysł muzyczny?), a głównym jej orężem jest muzyka. Krótko mówiąc: fabularnie „cudowny” idealizm.

Krążek numer jeden podpisany „Act I” otwiera „Descent Of The NOMACS". To elektroniczne intro rodem z pokładu statku kosmicznego. Kolejny „Dystopian Overture” brzmi zaskakująco podobnie do „A Nightmare To Remember” z płyty „Black Clouds & Silver Linings” sprzed 7 lat i płynnie przechodzi w czterominutową mini operę „The Gift Of Music”, będącą właściwie celebracją muzyki Dream Theater w pigułce. Gdyby zespół obrał taki kurs dla całego wydawnictwa, mogłoby wyjść dzieło wręcz wybitne. „The Astonishing” wypełniają też miniatury, liczące średnio minutę. Tak jest z cukierkowym „The Answer”, które przechodzi marszowym krokiem (dosłownie) w filmowy wręcz „A Better Life”, wzbogacony partiami filharmoników z praskiej orkiestry. Pompatycznie wypada ponury „Lord Nafaryus”, co trochę łamie kolejny przesłodzony we wstępie „A Saviour In The Square”. ponownie dobijając jednak do patosu poprzednika. Posłodzono także chwilę później w„When Your Time Has Come” i „Act Of Faythe”. „Three Days” uderza z kolei orkiestracją, „grozą”, a nawet... wodewilem. W ciągu tych blisko 4 minut panowie starali się zdaje się władować jak najwięcej patentów. Efekt jest chaotyczny. Wojenkę rodem z gry “Warcraft” słychać natomiast we wstępie marszowego (uroczystego?) „Brother, Can You Here Me”. Po nim wjeżdża “A Life Left Behind”, który jest jednym najlepszych fragmentów krążka numer jeden. Rozpoczynający się partią gitary klasycznej, przechodzi w gęstą kawalkadę dźwięków, trwającą 85 sekund, która sprawnie biegnie aż do momentu pojawienia się głosu LaBrie. Wówczas niepotrzebnie zalewa się ponownie „słodkim triumfem”. „Ravenskill” to kolejny popis Jamesa jako wokalisty-aktora. Nie wiem, czy na tym etapie słuchania „Act I” ktoś jest w stanie nabrać się na jego pełen współczucia, żalu i smutku głos. Jest o tyle znamienne, że w tym momencie muzyka na płycie numer jeden zwyczajnie zaczyna nudzić, babrając się okołofilmowym patosie aż do końca. Nie bez powodu w „The X Aspect” pojawiają się nawet brzmienia dud, na których zagrał Eric Rigler, znany z licznych soundtracków filmowych. Zaskakuje natomiast „A New Beginning”, który brzmi jak jakiś zaginiony utwór Steve’a Vai’a. Prym wiedzie w nim rzecz jasna John Petrucci.

„Act II” to nieco krótszy dysk i więcej fragmentów instrumentalnych. Zaczyna się od „2285 Entr'acte”, który brzmi niczym medley z różnymi tematami filmowymi. Zaś od „Moment Of Betrayal” wszystko wraca w te same rejony, co zawartość muzyczna pierwszej płyty. W tym zestawie wyróżnić można niezły „The Path That Divides”, folkowy(!) „Hymn Of A Thousand Voices” i przebojowy „Our New World”, zaś całość podsumowuje dumny i (jakżeby inaczej) patetyczny „Astonishing”.

Pytając te kilka miesięcy temu Jamesa LaBrie, czy nie myśleli o tym, by nagrać płytę Dream Theater wyłącznie z brzmieniami orkiestrowymi, odpowiedział, że takie połączenie miałoby to sens tylko na koncertach. A tymczasem na „The Astonishing” wrażenie jest chwilami takie, jakby to właśnie orkiestra miała rządzić, a jest po prostu tłumiona przez prog metalowe brzmienie zespołu. Abstrahując od konceptu całości, Dream Theater na swoim trzynastym studyjnym wydawnictwie przesadzili z formą, przepychem i nagromadzeniem zbyt wielu podobnych do siebie pomysłów, co zwyczajnie męczy. Ciekaw jestem czy na koncertach przyjdzie grupie do głowy pomysł, by grać materiał z „The Astonishing” w całości...

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load