Recenzje

2016-04-11
Underworld - "Barbara Barbara We Face A Shining Future"
6 lat kazali nam czekać na nowy album, chociaż nikt nie może zarzucić im artystycznej bezczynności. W końcu doczekaliśmy się nowego albumu Underworld.
Wykonawca: Underworld
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2016

Karl Hyde wydał album solowy oraz dwa albumy w duecie z Brianem Eno, a Rick Smith opiekował się muzyczną oprawą ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Ponadto ścieżki dźwiękowe, reedycje ich najlepszych albumów (20 lat minęło) oraz maraton koncertów klubowych po wszystkich stronach oceanów. W lutym 2016 ukazuje się nowa kompozycja – „I Exhale” – zapowiadająca nową płytę Underworld. Brzmi niesamowicie – jak hymn współczesności! Wreszcie nachodzi nowy, pokrętnie zatytułowany, opatrzony efektowną okładką album. I...?

Muszę przyznać, że pierwsze wrażenie było mizerne. Płytę otwiera wspomniany wcześniej „I Exhale”, co bardzo zaostrza apetyty na jej dalszy ciąg. To niesamowity numer, coś w rodzaju natychmiastowego hitu, do którego nie sposób nie zacząć tańczyć, każdy na swój sposób. Jak to możliwe, że ten brytyjski duet, który podniósł techno do rangi hymnu pokolenia, po tylu latach wciąż brzmi świeżo i porywająco? Jak dobrze muszą czuć ducha czasu, skoro nadal są w stanie ułożyć tak nowoczesne dźwięki, które brzmią doskonale w czasach gdy nowoczesność wcale nie jest w cenie? Zresztą każdy ich album otwiera się wielkim numerem, po którym jest już tylko lepiej.

Tymczasem „Barbara...” pod tym kątem wywołuje dość mieszane uczucia. Najpierw za długi, męczący „If Rah”, a po nim już tylko relaksujące, nastrojowe kompozycje, wśród których jedynie „Low Burn” sprawia wrażenie czegoś więcej niż wypełniacz. Czy to już wszystko? Te numery brzmią na niedokończone, centralna piosenka jest „przegadana” przez Hyde’a, a pozostałe nie budują jakiegokolwiek nastroju, o porywaniu czy rzucaniu uroku nie wspominając. Co sprawiło, że tak doświadczony duet jak Underworld wydali taki gniot? Za dużo „zajęć pozalekcyjnych”, a może zbyt długi czas spędzony w towarzystwie Eno, co zaowocowało pretensjonalnym artyzmem...

Tej płycie trzeba dać szansę. Nie wciąga od pierwszego wejrzenia, a wręcz odrzuca; mimo to, za drugim i trzecim podejściem słychać ją inaczej. Jej barwy zmieniają się wraz z czasem użytkowania, nabierają ciepła, zaczynają hipnotyzować („Low Burn” jest cudowny), i co najważniejsze, słychać w nich inteligencję i inspirację. To nie jest ten sam Underworld, który dał nam pewien przebój do filmu „Trainspotting”. Wtedy grał z nimi Darren Emerson, uwielbiający muzykę dla mas na łąkach i stadionach. Po jego odejściu ich brzmienie schowało się do kieszeni; stało się bardziej osobiste i kameralne, poszukujące i estetyczne. Ten album to kolejny krok ku ich świetlanej przyszłości.

Po kilkunastu wysłuchaniach tej płyty jestem zachwycony. To kąsek dla tych, którzy podobnie jak ja zakochali się w „nowym” Underworld, którego nieformalny początek to album „Oblivion With Bells”. Mniej tu rave’u, ale za to więcej tech-house’owych pejzaży współczesnego świata. Gdy wsłuchamy się w pozornie nonsensowne słowa Karla Hyde’a odkryjemy ich znaczenie w kontekście czasu w którym żyjemy. To dźwięki wielkomiejskiego krwiobiegu, gdzie pod kamuflażem chaosu kryje się tajemnica sensu życia. To urbanistyczny widnokrąg oglądany w odbiciu powierzchni drapaczy chmur. To przejrzysta, słoneczna elektronika, która w porannej drodze do metra działa jak psalm i kawa. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load