Recenzje

2016-05-17
Brodka - "Clashes"
Aż 6 lat minęło od wydania znakomitej „Grandy”. Monika Brodka w tym czasie nie próżnowała, wypuszczając chociażby ep-kę „LAX”. Na swoim czwartym długograju przesuwa jednak muzyczny wektor w nieco mroczniejsze rejony.
Wykonawca: Brodka
Wytwórnia: PIAS
Rok wydania: 2016

Nowa płyta, ale także nowa, międzynarodowa wytwórnia, która daje artystce możliwość działania nie tylko na terenie Polski. Wzmacnia je także fakt, że piosenki zostały zaśpiewane w języku angielskim. Natomiast nad całością nagrań, które miały miejsce w Los Angeles, czuwał Noah Georgeson, znany ze współpracy z Devendrą Banhart, czy Bertem Janshem. Efekt zaskakuje przede wszystkim atmosferą i nastrojem. Już w otwierający album „Mirror Mirror” wprowadza odrealniony, oniryczny i dość nawiedzony nastrój, który panuje właściwie przez cały czas jego trwania. A że jest to jedno z najlepszych wprowadzeń na płycie polskiego artysty, wydanej w tym roku, to inna sprawa. Znany z pierwszego singla „Horses” podbudowuje ową atmosferę bogatszą aranżacją, opiewającą przede wszystkim w akordeon, gitarę i perkusję. Drugi singiel „Santa Muerte” nieco odstaje od całości, wprowadzając odrobinę kuglarskiego klimatu. Aczkolwiek tak zgrabnie, a jednocześnie nieoczywiście zaaranżowanego „hitu” na próżno szukać na listach przebojów. Z kolei „Can’t Wait For War” charakteryzują przede wszystkim partie instrumentów dętych, zaaranżowane przez samą Brodkę, które z jednej strony przywołują nastrój marszowy, a z drugiej – dzięki rytmicznym bębnom, łamią morową aurę tego utworu. Natomiast „Holy Holes” to rozbudowany i ponownie nieco „nawiedzony” song, będący bodaj największym mini-monumentem na „Clashes”. „Haiti” zaskakuje zaś kolejnym, tym razem nieco plemiennym, choć jednocześnie wciąż onirycznym klimatem. Na tym etapie kulminacją jest jednak „Funeral”, który zgodnie z tytułem i dzięki brzmieniu organów, jawi się jako muzyka rodem z horroru. Tę chłodną, turpistyczną atmosferę łamią kolejno dość skoczny „Up In The Hill” oraz punkowy „My Name Is Youth”, ucinający się nagle po niespełna dwóch minutach. Zaś smutna, atmosferyczna miniatura „Kyrie” z jednej strony łagodzi, a z drugiej podtrzymuje ten nieco „wyalienowany” nastrój albumu. Na nowo rozbudowuje go delikatny, piękny, acz tragiczny w wymowie „Hamlet”. Płytę wieńczy natomiast nieco złamany „Dreamstreamextreme”. Nieczysta melodia wywołuje jeszcze więcej niepokoju, zostawiając słuchacza w swoistej konsternacji.

Monice Brodce udała się trudna sztuka redefinicji siebie jako artystki, autorki i wokalistki. Teraz przed nią i jej zespołem równie trudne zadanie przełożenia tego specyficznego materiału na scenę. Płytę zaś polecam słuchać najlepiej wieczorem w nieco przyciemnionym pomieszczeniu i z lampką białego wina w ręce. Niekoniecznie musicie po jej przesłuchaniu spokojnie zasnąć.

Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load