Recenzje

2016-09-09
Nick Cave & The Bad Seeds - "Skeleton Tree"
Długo oczekiwana nowa płyta grupy Nick Cave & The Bad Seeds już w sklepach. Oto nasza recenzja tego niezwykłego albumu.
Wykonawca: Nick Cave & The Bad Seeds
Wytwórnia: Mute / Mystic
Rok wydania: 2016

Powiadają, że należy oddzielać twórcę od tworzywa – odzierać dzieła sztuki z okoliczności, kontekstu, okresu powstania czy ekscesów autora. W 95% przypadków tak być powinno, jednak pozostają też dzieła sztuki - dzieła muzyki, które bez kontekstu i okoliczności w ogóle by nie powstały. Właśnie z czymś takim obcujemy słuchając „Skeleton Tree” Nicka Cave’a. Nie sądzę, aby ktokolwiek w tej chwili potrafił ją usłyszeć nie myśląc o osobistej tragedii jaka dotknęła księcia-fantoma z Brighton. Już sam fakt jej powstania i to w zaskakująco krótkim czasie od tego fatalnego dnia to mały cud. Drugi to otwierająca album kompozycja „Jesus Alone”, która brzmi jak apokaliptyczny fragment Biblii. A ten trzeci – jako że cuda zawsze chodzą trójkami? Czy cała płyta zasłużyła na miano cudownej?

Cofnijmy się w czasie o jakże znamienne trzy lata do niesamowitego krążka „Push the Sky Away”. Moim zdaniem zamknął on pewien okres twórczości Cave’a, a otworzył zupełnie nowy i nieznany. To płyta, która porzuciła typowo cave’owską narracyjność piosenek na rzecz czegoś w rodzaju strumienia świadomości – poetyckich monologów pełnych zagadek, alegorii i symboliki. „The Skeleton Tree” to kontynuacja tego trendu; tu nie ma miejsca na róże i kamienie, krzesła elektryczne, anioły i wszechobecną miłość. Ten krążek wypełnia apokalipsa – taka w osobistym wymiarze, kiedy za jednym zamachem następuje śmierć i odrodzenie w nowej postaci, a świat niezwruszony brnie dalej. Tu nie ma I wanna tell you about a girl; tu jest Let us seat together until the moment comes.

„Skeleton Tree” to wyjątkowy album i trudno jest go przyrównać do któregokolwiek z pozostałych krążków Cave’a, z wyjątkiem właśnie „Push the Sky Away”. Niektóre kompozycje są łudząco podobne do poprzedniczki – bez trudu można tu znaleźć podobne patenty i rozwiązania, co w takich kawałkach jak „Water’s Edge”, „Mermaids” czy w kompozycji tytułowej. Da się jej przypisać pewien dziwaczny profetyzm – Cave był wtedy w niebie, jak Ikar, deklarując, że nie wierzy już w piekło. I zaraz potem los go ukarał, skrzydła odmówiły posłuszeństwa, a publiczność obstawiała, czy jeszcze podźwignie się z upadku. Udało mu się, jakże szybko; i w ten właśnie sposób uczestniczymy w jego terapii szokowej, jaką niewątplwie jest „Skeleton Tree”.

Brzmienie tego krążka należy podziwiać dwukierunkowo. Po pierwsze, obłąkańcze słowa Cave’a. Nie trzeba być psychoterapeutą, aby zrozumieć czym są te wizje zagłady i morze łez jakie wylewa z siebie. To spowiedź, rachunek sumienia, ucieczka w jedynym bezpiecznym kierunku – w muzykę, sztukę, kreatywność – dla której ciężka trauma, jak sam stwierdził, jest zabójcza. Ta płyta to efekt tortur, jakie sam sobie narzucił, aby odgrodzić się od emocji i nie pozwalać na syzyfową kolizję z pamięcią. W głosie Cave’a słychać lament i chrypę, jaka w dzieciństwie przychodziła po rzęsistym płaczu lub w dorosłości, w stanie wczorajszym. To już nie Leonard Cohen przemawia w jego piosenkach; to David Tibet lub nawet T.S. Eliot i wieszczony przez nich armagedon w ogniu, jęku i samotności.

Druga warstwa to oczywiście sama muzyka, będąca terytorium Warrena Ellisa, odpowiadającego także za produkcję całości. Dla sympatycznego brodacza było to podwójne wyzwanie, jako że to właśnie jemu przypadła rola lekarza duszy Cave’a, w sferze twórczej. Kompozycje są magicznie zaaranżowane, stanowiąc tło dla poematów głównego bohatera, nadając im logiczny kształt i spoiwo. Pomimo ich pozornej ascetyczności, dzieje się w nich niezwykle dużo – to małe symfonie pełne ozdobników, wraz z chórem skrzydlatych kotów-aniołów, łkających w refrenach chaosu myśli i słów. Cave wyraźnie chce nam powiedzieć wiele rzeczy – ale ewidentny ból nie zawsze pozwala mu zachować trzeźwość twórczego umysłu. Dzięki Ellisowi i reszcie zespołu, na szczęście, ma to sens.

Płyta jest krótka, ale treściwa; bardzo takie lubie – zachęcają do wielokrotnego odsłuchu, a wraz z nim ponownego zanurzenia się w ciemność i przeżywanie wraz z Cave’m jego niewątpliwej tortury. Już wspominałem, że jest to krążek wyjątkowy – inny niż reszta, którego wszelkie niedociągnięcia a czasami wręcz kicz należy potraktować ulgowo. Dużo starszych piosenek Cave’a ginie w jego mroku; to były bajki, dopiero teraz przyszedł czas na prozę życia i zaklęte w nim piekło. To upadek Ikara, z odległych, alegorycznych krain wprost do hotelu w Tijuanie lub supermarketu w Brighton. To czas pokuty, przychodzący w obliczu rzeczy większych niż my sami. Cave tego doświadczył i sprostał w należny sobie sposób. Pozostaje pytanie, co nastąpi dalej? 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load