Recenzje

2017-03-07
Peter Murphy - "Bare-Boned & Sacred"
Były wokalista grupy Bauhaus przygotował nowy album koncertowy z utworami w "obnażonych" aranżacjach. Płytę ocenił nasz recenzent Jakub Oślak.
Wykonawca: Peter Murphy
Wytwórnia: Metropolis Records
Rok wydania: 2017

Peter Murphy wielokrotnie udowadniał, że jest artystą uformowanym z najcenniejszego dla muzyki kruszcu. To gość nieprzewidywalny, przewrotny, z chochlikiem w oczach; a jednocześnie niezwykle wrażliwy, inteligentny i do cna oddany swojej muzie. Szaleństwa Bauhausu to jedno, solowe rytuały to drugie, a teraz dostajemy coś, mam wrażenie, trzeciego. To Murphy bez maski, bez peleryny, bez ołtarza i katafalku. To „rozebrany” występ artysty, który na czas tej konkretnej trasy koncertowej (nazwanej znamiennie „Stripped”), zrzucił swoją okrasę sceniczną i spoczął na krześle z gitarą. Towarzyszy mu dwóch muzyków (druga gitara, skrzypce, ozdobniki), ale na pierwszym planie płonie on – jego zwęglony głos, magiczne słowa, mroczna przeszłość i wiedza tajemna zaklęta w spojrzeniu.

Każda moja myśl o Peterze nieodmiennie przywołuje jeden obraz – scenę w klatce z „Zagadki nieśmiertelności”. Ten wampiryczny, „gotycki” image odbijał mu się czkawką przez całe twórcze życie. Cóż jednak można poradzić, gdy nasz bohater dysponuje bardziej upiornym obliczem niż Bela Lugosi, który przy Murphym wygląda jak z Teatru Sensacji „Kobra”. Oblicze zaś współgra z głosem barytonowym, jazgotliwym i warczącym, oraz słowami wprost z Nekronomikonu lub Kwiatów Zła. To wszystko wpływa na wyobraźnię słuchaczy, widzącym w Peterze kogoś w rodzaju mistyka ciemności, który swoją muzyką odsłania przed nami rąbka tajemnicy wieczności. Wszystko to może raz na zawsze odejść w niepamięć, gdy posłuchamy Murphy’ego śpiewającego na „Bare Boned and Sacred”.

Jeśli mógłbym pokusić się o jakiekolwiek porównanie, to słuchając tego zapisu koncertu z Nowego Jorku przychodzi mi na myśl neofolk, odłam muzyki postindustrialnej. Cała sztuka sprowadza się tam i tu do głosu i gitary, słów wieszczących zagładę oraz kalejdoskopu nastrojów w odcieniach sepii. Paradoksalnie, Murphy zasiadający na stołku z gitarą nie nosi masek, sztucznych zębów ani maskary. Dżinsy i koszula, ciepły uśmiech i błysk radości w oczach (Waszej wyobraźni, obok muzyki, niech pomogą zdjęcia z koncertów na tej trasie). I to co najważniejsze – wspaniała muzyka, która z przenikliwego teatru strachu zmieniła się w nastrojowe ballady i czarne kołysanki o północy. Ukazując swoje człowieczeństwo, paradoksalnie, Peter Murphy skupia uwagę słuchaczy wyłącznie na muzyce.

Sam repertuar płyty oraz koncertu został moim zdaniem dobrany wybornie. Peter nigdy nie należał do osób, które zrobią cokolwiek pod publiczność. Także i teraz, na płycie znajdziemy przegląd piosenek zarówno z zakamarków płyt, jak i „A Strange Kind of Love” i „Marlenę Dietrich”. Są nowości – „Lion” oraz „The Rose” – jak i numery z teczki Bauhaus, „King Volcano” czy „Silent Hedges”. A nade wszystko „The Bewlay Brothers”, cover Davida Bowie z płyty „Hunky Dory”. Coverowałem Bowiego zanim to stało się modne, mógłby powiedzieć Peter Murphy; a nawet wystąpiłem u jego boku w „Zagadce nieśmiertelności”. Oczywiście nigdy tego nie powiedział, a zamiast tego dostarczył nam niezwykły wieczór w towarzystwie piosenek, które dzięki płycie można przeżywać po wielokroć.

Peter Murphy dysponuje czymś, co mogę określić magnetyzmem. Źródło magii jego piosenek w dużej mierze spoczywa w jego osobowości i dorobku życia. To postać, która doskonale odnalazłaby się w filmach takich jak „Niebo nad Berlinem” Wendersa czy „Tylko kochankowie przeżyją” Jarmusha. Z wiekiem głos mu się obniżył, co jest naturalne, tak jak u Cohena czy Iggy Popa. Ale dzięki temu jego twórczość pozostaje świeża i wielobarwna, a nade wszystko śmiertelnie poważna. To piosenki człowieka, który nie ma na celu uwodzenia publiczności i wysysania z fanów krwi. To tajemny rytuał, misterium dźwięku na ołtarzu muzyki, ofiara z łez i potu, którą składa artysta. Myślę, że możemy czuć się szczęśliwi, że możemy w nim uczestniczyć, choćby dzięki plastikowym krążkom. 

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load