Recenzje

2017-03-27
The Jesus And Mary Chain - "Damage And Joy"
Recenzja siódmej płyty w dyskografii Szkotów z The Jesus And Mary Chain i jednocześnie pierwszego wydawnictwa studyjnego tego zespołu od 19 lat.
Wykonawca: The Jesus And Mary Chain
Wytwórnia: Warner Music Polska
Rok wydania: 2017

10 ostatnich lat to zarówno prehistoria jak i mrugnięcie okiem. W ich trakcie ujrzeliśmy rezurekcje takich gwiazd alternatywy jak Pixies, Slowdive, The Stone Roeses, My Bloody Valentine, Lush, Ride, a przede wszystkim The Jesus and Mary Chain. Zaczęło się od występu na Coachella, potem przyszły lokalne trasy w Anglii, potem reszta świata (w tym Polska), no i reedycje starych płyt. Przez cały ten czas wspominano o nowym albumie, nad którym zespół być może pracuje. Historia The Jesus and Mary Chain to opowieść o ścierających się siłach – kreatywności i destrukcji. To rzecz o Williamie i Jimie Reid, braciach z miasteczka niedaleko Glasgow, którzy gdy nie zioną do siebie nienawiścią potrafią skomponować rzeczy wielkie. To ich wyobraźnia dała nam takie płyty jak „Psychocandy” czy „Honey’s Dead”. To też przez ich tarcia zespół przepadł na lata milczenia w niebycie. A teraz przynoszą nam „Damage and Joy” i po jakości tej płyty mogę wnioskować, że psychoterapia działa.

Podstawowe pytanie – jak coś tak prostego mogło powstawać przez 10 lat? Nowa płyta brzmi nadzwyczaj ciepło i grzecznie, logicznie i przewidywalnie. Wszystko jest tu na swoim miejscu, tak jak być powinno, według instrukcji i oczekiwań producenta (którym jest Martin Glover, czyli Youth). Brzmienie jest jasne i przejrzyste, piosenki wyraźne, dobrze skomponowane, z elementami zaskoczenia, z gościnnymi wokalami Isobel Campbell i Sky Ferreiry. Jest nawet elektronika, w postaci bit-maszyny oraz różnorakich ozdobników. Słynne fryzury zostały raz na zawsze uczesane, a „psychodeliczny punk” jaki przyświecał braciom Reid zmienił się w dobrze napisany indie-rock. No cóż,trochę czasu minęło, przelało się dużo piwa i whisky, niejeden statyw uległ zniszczeniu na scenie. To, co przystawało młodym, narwanym post-punkowcom niekoniecznie pasuje do poważnych dżentelmenów w zaawansowanych 50-tkach. Ich głosy tak czy owak wciąż brzmią nastoletnio.

To właśnie największy zarzut wobec tego krążka – nie brzmi jak The Jesus and Mary Chain, albo tylko trochę. Brak mu fantazji i brudu, tego dymu z papierosów i pokruszonego pod butami szkła. Brak mu tej iskry szaleństwa i genialnej fantazji, których nawet produkty uboczne budziły podziw („Barbed Wire Kisses”). To efekt pracy zespołu, który musi mierzyć się nie tylko z własną legendą, ale i rojem swoich wychowanków. Tak bardzo jak „Damage and Joy” stara się brzmieć nonszalancko i epatować tumiwisizmem, tak bardzo ja chcę wierzyć, że tak jest. I być może dlatego, mimo wszystko, uważam, że jest to bardzo dobry krążek, po którym zwyczajnie zbyt dużo oczekiwano. Gdyby to wydał ktoś anonimowy, zebrałby oklaski. Pod egidą legendy, jednakże, głodna bestia prasy psuje słuch coraz bardziej wybrednych fanów. I nawet jeśli nowa płyta nie zaskarbi sobie ich sympatii, to i tak sprawi, że sięgną dla wprawy po dawne albumy i będą żyli długo i szczęśliwie.


Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load