Recenzje

2017-04-04
Jamiroquai - "Automaton"
Jay Kay i jego koledzy wystawili fanów na poważną próbę, która trwała siedem lat, a z której niestety nie wyszli zwycięsko.
Wykonawca: Jamiroquai
Wytwórnia: Magic Records
Rok wydania: 2017

Po wydaniu poprzedniej bardzo słabej płyty „Rock Dust Light Star” wiele osób postawiło krzyżyk na zespole ze słynnym logiem Buffalo Mana. Niżej podpisany również zwątpił w przyszłość Jamiroquai, pocieszając się jedynie koncertami grupy, które pozostawały jednak na dość wysokim poziomie. Po części w związku z tym oczekiwania wobec „Automaton” były wysokie. Singlowy utwór tytułowy naszpikowany elektroniką i daftpunkowym bitem, sugerował kontynuację romansu Kaya z cyfrowymi brzmieniami. I - jak się okazuje - takich motywów na płycie jest dużo więcej. Już w otwierającym krążek „Shake It On” jeszcze bardziej komputerowy bit prowadzi całość na tle jak zwykle bardzo melodyjnego głosu Jaya. Dopiero drugi singiel „Cloud 9”, choć znów nieco kojarzy się z Daft Punk, przynosi więcej typowego jamiroquai’owego funkowego ciepła. Mało tego – jest to jeden z lepszych utworów na krążku. Z kolei taneczny „Superfresh” tylko nieznacznie odrzuca za sprawą użytego autotune’a. Sam bit jest bowiem jednym z najlepszych, jaki zespół popełnił od ponad dekady. Gorzej prezentuje się za to „Hot Property”, który psuje irytujący z początku loop i mechaniczny aranż. Dziwnie brzmi także komunikat w języku rosyjskim wypowiedziany damskim głosem w środku utworu… Niejako kontynuacją tego kawałka jest „Something About You”, który wyróżnia się jedynie melodyjnymi wstawkami rodem z Earth Wind And Fire. Ciekawie za to wypada letni „Summer Girl”, w którym Jamiroquai nawiązują do swojej przeszłości z lat 90 za sprawą brzmienia kongów Soli Akingboli , funkującego basu Paula Turnera i partii smyczkowych. Przydałoby się tylko nieco lepsze tło klawiszowe... Z kolei „Nights Out In The Jungle” prezentuje się jak spowolniony młodszy brat „Everybody's Going To The Moon”. Pojawia się w nim też coś, czego od dawna już w muzyce Jamiroquai nie było – skrecze. Tę część płyty zamyka nieco nudny „Dr Buzz”, który brzmi raczej jak demówka, z której mogło powstać, coś więcej, aniżeli to, co słychać w tym utworze. Dalej niestety nie jest wcale lepiej. Umieszczenie na płycie takiego kawałka jak „We Can Do It” panowie mogli sobie spokojnie darować. Numer zwyczajnie męczy ucho za sprawą powtarzanych w kółko słów tytułu na tle prostego bitu. Końcówkę „Automaton” próbuje ratować „Vitamin”, nawiązujący do „Planet Home” z płyty „Synkronized” z 1999 roku oraz obdarzona brzmieniem „ejtisowego” klawisza „Carla”. To jednak trochę za mało.

Wydawało się, że po „Rock Dust Light Star” Jay wyciągnął wnioski i przez ten czas nie tylko odświeżył brzmienie zespołu, ale rozwinął jego potencjał. Tymczasem „Automaton” wydaje się momentami albumem wręcz wymęczonym, co mocno zaburza jego odbiór. Najwyraźniej słuchaczom grupy ponownie pozostają jedynie jej koncerty.


Autor: Maciej Majewski


End of content

No more pages to load