Recenzje

2018-02-18
Atme - "State of Necessity"
Wrocławski zespół ATME działa od 2013 roku. W 2015 roku wydał EP-kę „Forgiving Myself”. Teraz przyszedł czas na znacznie większy krok, czyli pierwszy album długogrający. Nosi tytuł „State of Necessity” i jest to krok wykonany w bardzo pewny sposób.
Wykonawca: Atme
Wytwórnia: Atme
Rok wydania: 2018

Fani zespołu Tool czekają na płytę i się doczekać nie mogą, więc czekając na nią – powinni zainteresować się tym albumem. Ponad godzina muzyki. Rozpiętość form ogromna: od miniatur do kilkunastominutowych kolosów. Miniatur nie powinno się jednak przewijać. Tworzą mroczny, ambientowy klimat. Niektóre oferują coś, co znamy z różnych dzieł rocka progresywnego: recytację w „Ananke” i mieszankę głosów w „The Screen”. Inne są też wprowadzeniem do długich kompozycji. „Laniakea” wprowadza nas w plemienny klimat „Interrupted Call”, zaś „144-261/18” jest otwarciem drzwi do hotelu nazywającego się „Hotel of the Transfiguration”.


Skoro już jesteśmy przy dwóch najdłuższych kompozycjach na płycie - są to momenty, które bardzo zwracają uwagę. Choć trudno nazwać momentem dziesięcio- lub szesnastominutowy utwór. „Interrupted Call” i „Hotel of the Transfiguration” charakteryzują się zmianami nastroju, nawiązaniami do plemienności i po prostu epickością.

A pomiędzy miniaturami a kolosami są jeszcze formy pięcio-, sześcio-, siedmiominutowe. I tu też znajdujemy sporo dobrego. Mocne i ciężkie „Worthy of Pity”, „Trickster” i „Pecto Drill”. Ciemny, ale też melodyjny „Pleasure Box” z saksofonem i żeńskimi wokalami. „(Un)Cut Thoughts”, gdzie spokojne fragmenty budujące pejzaże mieszają się z mocnymi, rockowymi. Trzeba jeszcze wspomnieć o mocnych punktach albumu – głosie Łukasza „Luke” Pawełoszka nadającego utworom melodyjność oraz o gitarowych solówkach.

Czy długogrający debiut ATME jest wart uwagi? Ja jestem na tak. Warto się z nim zapoznać. A jest z czym.

Autor: Marcin Knapik


End of content

No more pages to load