Recenzje

2018-02-21
Marlon Williams - "Make Way For Love"
Pochodzący z Nowej Zelandii Marlon Williams będzie jedną z gwiazd tegorocznego OFF Festival. U nas możecie przeczytać recenzję jego drugiego albumu, który ukazał się w ubiegłym tygodniu.
Wykonawca: Marlon Williams
Wytwórnia: Dead Oceans / PIAS Poland
Rok wydania: 2018

Od pewnego czasu da się zaobserwować rosnąca popularność gatunku nazywanego alternative country (lub alt-country). Reprezentujący go artyści odcinają się grubą kreską od cyrku macieżystego country, które na chwilę obecną stanowi obiekt kpin nawet zatwardziałych koneserów. Alternatywni kowboje biorą na warsztat korzenie tej muzyki i wszystkie charakterystyczne dla niej poważne elementy, aby zmutować je z folk-rockiem, bluesem, poetycką balladą, etc. Często nawet nie pochodzą ze Stanów. Taki Marlon Williams urodził się na końcu świata, czyli w Nowej Zelandii. Nieobce są mu potężne, pustynne przestrzenie, spiekota i piach, oraz zachody słońca nad prerią. W swojej muzyce oddaje właśnie takie krajobrazy, płacząc nad bolesną miłością i wrzucając kolejną monetę do szafy grającej. Ma bardzo charakterystyczny głos, do złudzenia przypominający Antony Hegarty lub Marca Almonda. Jego muzyka to gratka dla tych, którzy kochają takie klimaty Johnny Cash, Leonard Cohen czy Roy Orbison – klasycy z innej rzeczywistości i płaszczyzny poznania.  


Jednak to, czym zaskakuje „Make Way For Love”, to odrzucenie wszelkich schematów country, jakimi stał jego pierwszy album. To przedstawienie ich w krzywym, czarnym zwierciadle. Na tej płycie zmieniają się one nie do poznania; zaczynają się łzawo i romantycznie, ale po chwili przechodzimy tam, gdzie zapada mrok. Williams brzmi trochę jak Chris Isaak, trochę jak Thom Yorke, a chwilami jak Nick Cave. Odważnie przekracza granice, pokazując pierwotne uroki tej muzyki w zupełnie innym, senno-bladym świetle. To muzyka ze starego radia, chroboczącej płyty lub filmu Lyncha, pędząca gdzieś autostradą lub z niepokojem patrząca na księżyc. U jej podstaw leży smutek. Złamane serca, złamane życia – i służąca za katalizator smutku i złych uczuć gitara. Piosenki Williamsa to hołd, ale i oniryczna wariacja; senna wizja, gdzie wszystko się zmienia i po chwili przestaje być tym , czym się wydaje. To znajoma muzyka z innego miejsca, zagrana w innym czasie i kontekście. Warto tego albumu wysłuchać do końca, po czym zapaść w sen i przenieść się gdzieś daleko, poza ból i strach.

Siłą tej płyty jest jej niejednoznaczność oraz transmisja bardzo wielu tożsamych estetyk, jakie drzemią w kreatywnej duszy Williamsa. Wszystkie one układają się w intrygujący obrazek, który być może przeczy logice, ale urzeka nastrojem snu i niepokoju. To ballady dla zagubionej duszy, która wyciągając rękę na powitanie napotyka chłód i kły nieufności. Takie piosenki jak „Can I Call You”, „I Know a Jeweller” czy „The Fire of Love” to skarby, jakimi ludzie raczyli się w innych czasach, a które bez problemu odnajdą właściwy grunt dziś, gdy ziemia niepokojąco obraca się coraz szybciej. To bar, którego dziwaczni goście przypatrują się równie dziwnemu śpiewakowi, zatrzymującego na chwilę czas, aby przymknąć oczy i dać odetchnąć duszy. Okładka nie wróży cudów i mroków, ale one tu są.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load