Recenzje

2018-03-07
Editors - "Violence"
"(...) indie-rock w ich wykonaniu nie tylko porywa i fascynuje tu i teraz, ale także dobrze wróży temu gatunkowi na przyszłość" - tak o nowej płycie Editors "Violence" napisał nasz recenzent Jakub Oślak. Premiera już w najbliższy piątek.
Wykonawca: Editors
Wytwórnia: PIAS Polska
Rok wydania: 2018

Mainstream nie wyklucza kreatywności i rozwoju. To, że dany zespół obrał za muzyczną domenę nieczynne rogatki popu i rocka nie oznacza, że nie potrafi być kreatywny i nowatorski. A przynajmniej rozwijać sam siebie, w duchu dyscypliny, konsekwencji i fachu w rękach. Bardzo lubiani w naszym kraju Editorsi idealnie wpisują się w tą formułkę. Ich albumy wydawane są regularnie co dwa lata, z jedną tylko dłuższą przerwą. Są przyjaźni radiu, pasują do ducha „muzyki iPhone’owej”; jednocześnie doskonale słucha się ich w skupieniu, na słuchawkach, badając te bardziej nafralgiczne elementy muzyki, jakie często przepadają w hałasie ulicy, auta czy eteru. Ich kariera rozpoczęła się dwoma solidnymi, gitarowymi indie krążkami, aby następnie rzucić wyzwanie publiczności sięgnięciem po syntezatory. To właśnie po zaprzedaniu się elektronice nastąpiła wspomniana przerwa wydawnicza i koniec pierwszego rozdziału historii Editors. Gdy wrócili, nie cisnęli syntezatorem o ziemie, lecz konsekwentnie wykorzystują go do dziś. Nowy album „Violence” to dalszy ciąg drugiego rozdziału ich opowieści, w którym nasi bohaterowie udanie celebrują znaleziska na drugim brzegu Rubikonu.

Editors, obok wymienianych jednym tchem Interpol, The White Lies czy The National, dobrze odnaleźli się na rozstaju dróg elektronicznej przebojowości i gitarowej melancholii. Ich muzyka już nie szokuje tym, że można używać Fenderów i Rolandów na jednej scenie; ale zachwyca tym, w jak doskonałej symbiozie mogą żyć ci pozorni wrogowie. Nic nie jest tu motywem przewodnim, ani dopełniaczem, lecz dobrze zgraną kompozycją dwóch pozornie ryzykownych składników. Być może to archaiczne podejście, ale nawet w roku 2018 syntezatory wciąż są dla wielu słuchaczy czymś fałszywym, stojącym w sprzeczności z duchem rock’n’rolla, emocjami i wartościami jakie niosą gitary. I to jest w porządku; dla każdego coś miłego. „Violence” jest płytą dla tych, którzy o tej granicy zapomnieli, lub nigdy jej nie dostrzegali. To krążek postępowy, który wskazuje drogę rozwoju muzyki pop-rockowej, pasującą do czasu, przestrzeni i technologii wśród której żyjemy. To płyta, która działa na dwóch poziomach: własnym i kontekstowym; jest przebojowa i wciągająca, a jednocześnie cieszy świeżością i zaskakuje nowatorskim podejściem do pozornie wyeksploatowanych już schematów.


Oprócz symbiozy gitar i klawiszy należy wspomnieć o drugim najważniejszym atucie Editorsów. To oczywiście śpiew Toma Smitha, który włada nietypowym dla takiej muzyki barytonem. W dodatku jego ekspresja nie jest stoicka, lecz frywolna niczym Morrissey. Co najważniejsze, nie usiłuje on ani na chwilę zdominować muzyki Editors, czego mógłby się nauczyć niejeden frontman z przerostem ego. Pod kontem kompozycyjnym i wykonawczym, Editors to prawdziwy zespół, gdzie każdy element ma swoje miejsce, równie istotne i eksponowane, którego opuszczenie grozi rozpadem całej układanki. To niebywała wręcz jakość w muzyce rozrywkowej, pop-rockowej, świadcząca o kunszcie, doświadczeniu i całkowitym rozumieniu się muzyków w zespole. Bez gwiazdorzenia, zawsze razem, najlepiej anonimowo. Tylko w taki sposób zespoły mogą iść bezpiecznie i odważnie naprzód, skupiając się na tym, co sprawiło że w ogóle istnieją – muzyce. Tylko zawierzenie jej mocy, wręcz z religijnym poświęceniem jest w stanie zrodzić prawdziwie ponadczasowe owoce. Editors zdają się to rozumieć i dzięki temu wychodzą z próby czasu zwycięsko, z sukcesem artystycznym i komercyjnym.

Gdy słucham „Violence” nie potrafię się nadziwić z jaką łatwością, lekkością i pomysłowością Editors wykuli kolejne ogniwo łańcucha, który jeszcze nie tam dawno zdawał się prowadzić do ściany. Tymczasem indie-rock w ich wykonaniu nie tylko porywa i fascynuje tu i teraz, ale także dobrze wróży temu gatunkowi na przyszłość. Wrócił Interpol, wrócili Ride, The National zachwycają nową płytą, The White Lies są coraz lepsi; tylko patrzeć jak dadzą o sobie znać Doves i Chapterhouse. Jeśli tylko Editors będą nadal wydawać takie rzeczy jak nowa płyta, z takimi petardami jak „Hallelujah (So Low)”, „Darkness at the Door” czy „Magazine”, jestem spokojny zarówno o nich, jak i cały gatunek. Człowiek nie młodnieje, prog-rocki wydają się coraz ciekawsze, a synth-pop i alternatywa płytsze i głupsze. Dobrze, że jest taki zespół jak Editors, który porywa zarówno dynamiką swoich numerów, ale też szanuje tych, którzy lubią doszukiwać się w muzyce smaczków, zawijasów i poszukiwań. „Violence” mogę określić jako dobrą płytę dla każdego, kogo nie zrażają programowane bity i mydło na wokalu. To wreszcie przykład „wiarygodnej wesołości” w muzyce, zjawiska coraz rzadszego i niedocenianego.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load