Recenzje

2018-03-26
GusGus - "Lies Are More Flexible"
Do kolejnej polskiej trasy islandzkiego duetu GusGus pozostały zaledwie dwa miesiące. Czas oczekiwania skróci Wam lektura recenzji nowego albumu "Lies Are More Flexible" napisana przez Jakuba Oślaka.
Wykonawca: GusGus
Wytwórnia: Universal Music Polska
Rok wydania: 2018

Muzykę elektroniczną najlepiej robi się we dwójkę. Wiedzą o tym weterani popu Pet Shop Boys, władcy techno/house z Orbital i Daft Punk, a także pionierzy z Autechre i Boards of Canada. Dwójka najweselszych Islandczyków w muzyce rozrywkowej – Biggi Veira i Daniel Agust, czyli GusGus, również wydają się rozumieć tą prawidłowość. Zaczynali jako wieloosobowy kolektyw w drugiej połowie lat 90., wpisując się w panujące wówczas nowe brzmienia „domowego” techno. Ich szeroki, rodzinny skład ulegał ciągłym zmianom i topnieniu (nawet Daniel odszedł na kilka lat), a wraz z nim zmieniało się też brzmienie. Z poszukiwaczy odmiennych klimatów stali się mistrzami ceremonii tech-house – radosnej, emocjonalnej, nowoczesnej odmianie tanecznej elektroniki. Ich macierzystą wytwórnią został niemiecki Kompakt, gdzie pod doświadczonym okiem Wolfganga Voigta, w otoczeniu takich postaci jak Thomas Fehlmann czy Sven Vath, szlifowali swoje brzmienie. Ostatecznie, zostało ich dwóch, Daniel i Biggi, ale to nie oznacza, że cierpi na tym muzyka i jej klimat.

W muzyce GusGus, w jej obecnej formie, czuć niezwykłą przestrzeń. To widać i słychać podczas doskonałych koncertów Islandczyków, kiedy za pomocą syntetycznych dźwięków przenoszą nas do innego wymiaru, gdzie emocje płyną pastelowymi obłokami, a ciało mimowolnie zaczyna tańczyć. Mogliśmy się o tym przekonać w naszym kraju już wielokrotnie, a dziesieć tysięcy ludzi tańczących w hipnozie na Off-Festival przed dwoma laty na pewno pamięta to bardzo dobrze. Islandzkie techno jest nienachalne, organiczne, opatrzone śladem tej niezwykle atrakcyjnej dla nas kultury. Nie ma w nim za grosz chamstwa, sztampy i zaburzeń umysłowych; jest za to elegancja, teatr, czysty impuls taneczny, a przede wszystkim radość z przebywania w oparach niezwykle wciągającej muzyki. To wszystko stanowi punkt wyjścia dla nowego krążka GusGus, pod zastanawiającym tytułem „Lies Are More Flexible.” To dalszy ciąg passy i drogi, jaką Biggi i Daniel kroczą od czasu „Arabian Horse” oraz „Mexico”. Dawnego GusGus już nie ma; zmienili płeć na formę kosmiczną o świetlistym spojrzeniu.


„Lies Are More Flexible” słucha się wprost wybornie. Nie jest to przesadnie długa płyta, jak na elektronikę, ale na szczęście jej czas jest doskonale wykorzystany. Sensem muzyki jest uczucie, jakiego doznajesz, gdy muzyka milknie. Po wybrzmieniu tego krążka jestem w euforii i natychmiast chcę go włączyć od początku. To bardzo eleganckie i stylowe brzmienie, niezbyt bogate i skomplikowane, ale za to zaaranżowane z wyczuciem arcymistrza szachowego. Dźwięki  tranzystorowych pudełek Biggiego idelanie okalają głos Daniela, tworząc symbiotyczną, cudowną formę muzycznego przekazu. Bardzo dużo jest tu z dobrego stylu i wyczucia późnego Underworld, również duetu; nie ma tu ozdobników, tła ani wypełniaczy. Każdy dźwięk i słowo jest tu na pierwszym planie, pochłaniając, bawiąc i fascynując zarówno jako składnik, jak i wielobarwna kompozycja. Mamy tu kilka wybitnych utworów, gotowych przebojów, a nawet dyskotekowych hymnów: „Featherlight”, „Fireworks”, „Lifetime”, oraz doskonały, instrumentalny utwór tytułowy. To kieszonkowa dyskoteka.

Nie przypuszczałem, że współczesna muzyka klubowa wciąż ma w sobie ten dawny potencjał, jaki eksplodował w latach 90. To wyraźnie słychać w tych klawiszowych pasażach oraz modulowanym basie żywcem wyjętym z płyt 808 State, z dawnych rave’ów, albo imprez w Haciendzie. Mamy tu do czynienia z echem modnego dziś synth-wave – retrofuturystycznego odkrywania starych brzmień dla nowoczesnych potrzeb wyrazu. GusGus czują ducha współczesności i potrafią odpowiedzieć na jego potrzeby estetyczne; „Lies Are More Flexible” są pod tym kątem strzałem w dziesiątkę. To dobry powód, aby ponownie zanurzyć się w rytmiczną, taneczną elektronikę, która nie jest jednoznacznie osadzona – i zamknięta – w klubie, tylko wychodzi do ludzi i podaje im rękę. Do tego ten islandzki posmak, ta czystość naturalnego źródła emocji i kolektywnej radości obcych sobie ludzi. Czasem warto pozwolić sobie na skok do takiej wody; nigdy nie wiadomo, co nas tam spotka.

Polskie koncerty GusGus:

21.05. Poznań, B17

22.05. Gdańsk, B90

24.05. Warszawa, Progresja

25.05. Kraków, Studio

26.05. Wrocław, A2

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load