Recenzje

2018-04-03
George Ezra - "Staying At Tamara's"
George Ezra wydał następcę znakomitego debiutanckiego krążka "Wanted On Voyage" z 2014 roku.
Wykonawca: George Ezra
Wytwórnia: Sony Music Polska
Rok wydania: 2018

George Ezra debiutował cztery lata temu niezwykle udanym i przebojowym „Wanted On Voyage”. 21-letni chłopak z Hertford w Anglii zachwycił wówczas talentem piosenkopisarskim, niespotykanym jak na swój wiek niskim barytonem, oraz atrakcyjną prezencją sceniczną. Jego debiutancki album był wypełniony wspaniałymi piosenkami pełnymi optymizmu, werwy i zabawy, inspirowanymi klasycznymi bardami rocka w stylu Boba Dylana czy Woody’ego Guthrie. Sukces był natychmiastowy, dobrze wpasowany w renesans tego typu brzmień, który przyniósł nam takich idoli jak Tom Odell, Sam Smith, Jake Bugg oraz oczywiście Ed Sheeran. Po objechaniu wszystkich zakątków i festiwali świata George Ezra zniknął, tak szybko jak się pojawił. W ciszy i koncentracji przygotowywał nowy materiał, z niełatwą do utrzymania schedą genialnego debiutu. Po czterech latach, powrócił.

„Staying At Tamara’s” chyba najbardziej zaskakuje tym, że jest płytą zupełnie niedaleką, a wręcz tożsamą z „Wanted On Voyage”. Cztery lata to w dzisiejszych czasach cała epoka, która paradoksalnie w tej całej obfitości nowej muzyki mija błyskawicznie. Część ludzi postawiła wręcz krzyżyk na tym chłopaku, nie oczekując właściwie niczego nowego od utalentowanego barda. I w pewnym sensie dostała właśnie to; nowa płyta brzmi tak, jakby ukazała się tuż po debiucie, rok po roku z marszu, bez tej całej przerwy na zbieranie myśli i inspiracji. Osobiście uważam to za słaby punkt tego albumu. Piosenkowo jesteśmy dokładnie w tym samym miejscu co cztery lata temu. Kompozycyjnie nastąpił wręcz regres; to, co zachwycało świeżością i geniuszem prostoty, stało się powtórką z rozrywki – bezpieczną zagrywką, bez eksperymentów, bez poszukiwań, bez jakiejś większej ewolucji.

Być może George Ezrea żadnej ewolucji nie chciał. Cztery lata w życiu młodego artysty to jednak bardzo dużo i po takim czasie możemy czuć się zawiedzeni, że nowy album nie brzmi jak nowy album. Osobiście sądziłem, że muzyka George’a nabierze swoistej powagi, że pójdzie w klimaty Johnny’ego Casha – bardziej nastrojowe, country-bluesowe ballady, naznaczone jego niepowtarzalnym głosem. Tymczasem w twórczym świecie Ezry nadal trwa karnawał. To muzyka do tańca na festiwalu w cieple słońca i upojeniu komunią tłumu. Jego głos wciąż pozostaje taki sam – pozornie poważny, uwodzicielski, współgrający z jego postawną, elegancką postacią. Tego jednakże nie widzimy, gdy słuchamy płyty. Pod tym kątem „Staying At Tamara’s” stoi w miejscu. A jak wiadomo, w dzisiejszych czasach, jeśli stoisz w miejscu, to automatycznie się cofasz. To okrutna i bezduszna prawda.

To powiedziawszy, „Staying At Tamara’s” nie jest złym albumem. To nadal są te same wesołe piosenki, jakimi George Ezra zachwycił cztery lata temu. Takie numery jak „Pretty Shining People”, „Get Away”, czy „Shotgun” to typowe dla niego zaraźliwe przeboje, które na pewno znajdą dużo czasu w komercyjnym radiu, nucone przez ludzi. To nie są skomplikowane piosenki, poruszające frapujące tematy, o złożonej strukturze, zbyt trudnej dla pospolitego zjadacza muzyki. To muzyka, która ma przemówić do tłumów i ma ku temu potencjał. Wszystko to jednak już było. Ci, którzy jak ja liczyli na to, że Ezra poruszy klimaty bliższe Dylanowi czy Cashowi będą zawiedzeni, chociaż takie utwory jak „Saviour” pokazuje, że on to potrafi. Być może to jeszcze nie czas, w którym młody artysta zaczyna dorastać. Być może to nadal czas zabawy, którego nie należy nikomu odbierać.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load