Recenzje

2018-04-07
The Decemberists - "I'll Be Your Girl"
"The Decemberists nagrali płytę, która brzmi jak genialny debiut – chociaż paradoksalnie wcale nim nie jest" - to fragment naszej recenzji nowego albumu grupy z Portland w stanie Oregon.
Wykonawca: The Decemberists
Wytwórnia: Capitol / Sonic Records
Rok wydania: 2018

Łatwo ich przeoczyć – ze szkodą dla siebie. Ich bystry i melodyjny folk-rock z całą pewnością zasługuje na naszą najwyższą uwagę. The Decemberists potrafią grać przebojowo, poetycko, potrafią także zimno, eksperymentalnie i melancholijnie. Wpływów w ich brzmieniu co niemiara – od dinozaurów typu The Byrds czy The Band, przez współczesnych klasyków w stylu R.E.M., aż po nowe gwiazdy: Fleet Foxes, Bon Iver, The War on Drugs, Band of Horses. W typowo amerykańskim stylu niezbyt często pojawiają się na Starym Kontynencie. Jest to rzecz do nadrobienia; w ich muzyce spoczywa duży potencjał koncertowy, który doskonale odnajdzie się na niejednym festiwalu. Ich nowa płyta, pod tym niedopasowanym tytułem oraz dziwaczną okładką, skrywa ku temu najlepszy dowód.

Od kiedy The Byrds zagrali „Mr. Tambourine Man” Dylana, nic już nie było takie samo. Brody, kapelusze, chropowate głosy, stare elektryczne gitary, zapach  kurzu z poddasza, opiewanie dzikich krajobrazów amerykańskich bezdroży, słabość do zachodów słońca i ciągników rolniczych. The Decemberists doskonale rozumieją i czują tą estetykę, a także potrafią zrobić z nią coś, co pozwala im zachwycać współczesnego słuchacza, nie tylko takiego, co lubuje się w ogólnej rustykalności. Niczym The Beach Boys, ta ekipa z Portland doskonale czuje piosenkę – potrafi pogodzić chwytliwe melodie z niebanalnymi słowami, przemawiającymi zarówno do emocji, jak i do intelektu. Ich brzmienie i zmysł kompozycyjny mówi wyraźnie: precz z banałami. Odkryjmy na nowo to, co stare i wyświechtane.

„I’ll Be Your Girl” zachwyca różnorodnością stylów, nastrojów, a nawet instrumentów. The Decemberists nie boją się stosować syntezatorów i to w sposób radykalny, zmieniający folk-rockowy nastrój w niepokój nowej fali. Każdy utwór jest jakby skokiem w czasie – raz jesteśmy w latach 60., wśród brzmień w stylu Canned Heat albo Jefferson Airplane; potem następuje nowa fala, syntezatory i lata 80., a potem totalna współczesność, zarówno w jej bladych, jak i tęczowych odcieniach. W swoim eklektyźmie łączą nowoczesność z tradycją. Posłuchajcie „Severed” (wybór singla prowokacyjny), a potem „Once in My Life” w stylu Band of Horses. Potem „Starwatcher” z posmakiem new age, a potem zaraźliwe „Everything is Awful”. Wszystkie z potencjałem na przebój.

Najciekawszy moim zdaniem fragment płyty przychodzi wraz z jej końcem. Podwójna piosenka „Rusalka, Rusalka / The Wild Rushes” to kwintesencja tej płyty. Najpierw smutno i ponuro niczym neofolk, aby za chwilę uderzyć w zupełnie inne tony, niczym tęcza po deszczu, wiosna po zimie. Pora roku w której trwamy, przełom wyżu i niżu, dobrze oddaje ducha tego albumu. The Decemberists nagrali płytę, która brzmi jak genialny debiut – chociaż paradoksalnie wcale nim nie jest. To manifestacja potencjału twórczego, jaki drzemie w tej ekipie, a którego zwyczajnie nie da się skompresować do pojedyńczego wydawnictwa. Duże brawa dla zespołu i słowa zachęty dla tych, co do tej pory ich nie znali. Album z taką okładką i takim tytułem, jak już mówiłem, łatwo jest przeoczyć.

Autor: Jakub Oślak


End of content

No more pages to load